Azja,  Tajlandia

Railay Beach – raj na Ziemi

W poszukiwaniu idealnej tajskiej plaży jak z katalogu biura podróży, płyniemy na Railay Beach. Dwa razy i o jakieś 32 za mało. Płyniemy drewnianą łódeczką z silnikiem z samochodu i wysiadamy na wspaniałej, przepięknej, cudownej plaży. Podróże tajską łódeczką uświadamiają mnie dlaczego w całym Ao Nang sprzedaje się wodoodporne torby i jednocześnie zmuszają do refleksji dlaczego jeszcze takiej nie mam. Otóż, z tajskiej łódeczki nie wysiada się na plaży, tylko prosto do morza. Nawet zadarcie kiecki nie pomoże, bo jak przyjdzie fala to i tyłek mokry i plecak mokry i człowiek cały mokry. Ale do sedna…dsc_0950

Internet straszył mnie, że to rajskie Railay to takie komercyjne, bo luksusowe hotele psują klimat. Moja wyobraźnia stworzyła wizję wielopiętrowych białych molochów, a rzeczywistość mocno ją skorygowała, gdy na miejscu zobaczyłam chatki ukryte wśród drzew i skaczące po dachach małpy. Zachwyt plażą, zachwyt klifami i obietnica, że następnym razem przyjadę tu na jakieś 3 dni i zamieszkam w takim domku.dsc_005720161012_134430_HDR.JPG

Z Railay Beach idziemy na Phra Nang Beach, która ponoć jest jeszcze lepsza. Docieramy, wychodzimy zza zakrętu i… o mamo, tak musi wyglądać raj i tak miała wyglądać Tajlandia. Skały, jaskinie, biała plaża, lazurowa woda. Mogę zostać? Tylko dwie rzeczy nie do końca wpisują się w ten rajski-tajski klimat: penisowa jaskinia i żołnierze oparci o tabliczkę “Portuguese man o’war”. Penisowa jaskinia, Phra Nang Cave, to taka lokalna etnociekawostka. Ponoć lokalni rybacy wierzą, że w jaskini rezyduje duch księżniczki, do której modlą się o szczęście i dobre połowy. Gdy księżniczka ich wysłucha, w podziękowaniu składają jej dary, głównie drewniane penisy wszelkich kształtów i kolorów. Z kolei opierający się o tabliczkę żołnierze psują klimat, bo Portuguese man o’war to taka wredna i parząca prawiemeduza, która w wodzie wygląda jak foliowa torebka, a jak poparzy, to w najgorszym przypadku może zakończyć poszukiwanie idealnych plaż.. Dość australisjki klimat. Domyślam się, że żołnierze z krótkofalówkami są po to, żeby takiego pechowca wsadzić do helikoptera i dotransportować do najbliższego szpitala (Railay nie ma dostępu od strony lądu). Meduza meduzą, ale widoki są niesamowite:dsc_0985dsc_0976dsc_0012dsc_0233_1dsc_0237dsc_0251DSC_0243.JPG

Wykąpani i wygrzani idziemy szukać dobrego i taniego jedzenia. Internet polecał Tonsai – kolejną zatoczkę i plażę w okolicy. W Tonsai klimat jest ponoć bardziej backpackerski i ceny też. Nie do końca wiemy, gdzie ścieżka do Tonsai się zaczyna, więc idziemy za ludźmi, którzy wyglądają na backpackerów i trochę zaczynamy wątpić, gdy docieramy do skał, nad którymi rozpościera się dżungla… Jednak nasi przewodnicy dziarsko wspinają się po skałach i w tej dżungli znikają… Cóż, kierunek się zgadza, jacyś ludzie z dżungli wychodzą i mimo że są w japonkach, to krew się z nich nie leje. Mamy sandały, mamy przewagę, idziemy. Dżungla jak to dżungla, wita nas duchotą i potwornym błotem. Z lewej urwisko, z prawej lina przywiązana od drzewa do drzewa. Co chwilę spotykamy innych towarzyszy niedoli, wyraźnie dających upust swoim emocjom poprzez powtarzane angielskie słowo na literę F. Gdy ubłoceni, pogryzieni przez to, co w błocie było i z życiem skróconym o kilka lat przez serię przebytych zawałów, docieramy do Tonsai, mamy naprawdę wszystkiego dość. A Tonsai wita nas… niczym. Ok, jest ładnie, ale poza tym krajobraz wygląda jakby tydzień temu przeszło tam tsunami. Walące się chatki, gęste chaszcze i trzy osoby na horyzoncie. Nie tak wyobrażałam sobie backpackerski raj. Naprawdę nie oczekuję, że świat będzie 5gwiazdkowym hotelem, ale okolica zdecydowanie nie zachęca mnie, żebym została na obiad. Rozczarowani zawracamy znowu pocić się w dżungli i ślizgać na błocie, a potem wbiegamy prosto do morza.

dsc_0028DSC_0035.JPG

Z ciekawości postanawiamy sprawdzić jak zabójcze są ceny w restauracjach na plaży Railay. Przeglądamy menu i zapada decyzja: jemy. Stolik w pierwszym rzędzie przy plaży, widok na morze, przepyszne krewetki, których jest zdecydowanie więcej niż w daniach kupowanych na ulicy. Obiad dla dwóch osób, wraz z napojami i przy płaceniu polską kartą kosztował nas 60 zł, a imbirowy sos z mojego stir fry śni mi się do dziś.

2016-10-12 13.58.04.JPG

Tak naprawdę, nie jestem plażowym zwierzęciem, bo leżenie plackiem szybko mi się nudzi. Jednak na Railay nie nudzi mi się wcale, bo najzwyczajniej w świecie nie mogę się na nie napatrzeć. Poza tym plaża jest szeroka, przywiezione w plecaku frisbee w końcu może polatać, a jak już się człowiek za nim naskacze, to może się przejść po soczek z gujawy albo innego tropikalnego wynalazku. A potem smutno odpływać do Ao Nang, jak się pomyśli, jak cudne zachody słońca muszą być na Railay Beach. Dlatego tam wrócę i zostanę. Ale pewnie tylko na 3 dni, bo jednak co można dłużej robić w okolicy odciętej od świata?

DSC_0274.JPG

Informacje praktyczne:

Jak się dostać do Railay? Railay nie ma połączenia z lądem, więc pozostaje transport wodny. Łódka long-tail z Ao Nang odpływa, jak znajdzie się 8 chętnych. Czasem wystarczy poczekać 10 min, a czasem (na przykład o 8:00) 40 min. W drodze powrotnej jest jakoś łatwiej. Cena 100 THB od osoby w jedną stronę (~12 zł)

Na jak długo? Jednym wystarczy jeden dzień (trzeba wrócić mniej więcej o 16:00), inni zostają na dłużej, a inni przypływają kilka razy.

Co można robić? Plaża, morze, wspinaczka na klify, co dusza zapragnie.

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: