Australia

Sydney: wszystkie drogi prowadzą do Opery

Sydney. Miasto znane na całym świecie, które każdy widział na obrazkach nieskończoną ilość razy. Wielkie oczekiwania, wielkie nadzieje. Bardzo wysoko zawieszona poprzeczka. A rzeczywistość? Piękne widoki i wszystko, co zawsze chciałam zobaczyć. Na miejscu okazało się, że to nie ten sam efekt “wow”, który miałam w Melbourne. Wszyscy mówili, że skoro tak mi się podobało Melbourne, to Sydney będzie jeszcze lepsze. Z tym że w Melbourne nie wiedziałam czego się spodziewać, a o Sydney pewne wyobrażenie już miałam. To wyobrażenie, spotęgowane przez zachwyty samych Australijczyków, sprawiło że pierwsze zetknięcie z Sydney było szorstkie. Na szczęście z każdą chwilą było lepiej.

Sydney to miasto – gigant. Rozległe aż po horyzont, że końca nie widać. Odpuścić sobie chodzenie? Nigdy. No to idziemy.

Zaczynamy od Central Station. Całkiem logiczne, bo każdy tu dojedzie z każdej części miasta. Mamy dworzec za plecami i idziemy przed siebie. Przez park. Raczej przez skwerek. Idziemy tym takim bardziej lewym przed siebie. Pierwszy przystanek: ratusz. A nawet dwa przystanki w jednym, bo i Town Hall i Queen Victoria Building. Ratusz sprawia wrażenie, jakby trochę nie pasował do otoczenia, w którym się znalazł (ale ładny jest). Szkło, stal, wysoko, a tu nagle taki europejski placyk i mocno europejski ratusz. To gdzie ja jestem?DSC_0996

Obok ratusza Queen Victoria Building. Jeden z najpiękniejszych budynków pewnie w całej Australii. Dom towarowy, który jeszcze niedawno stał zaniedbany i groziło mu unicestwienie, ale dzięki Malezyjczykom i ich pieniądzom stoi teraz piękny i robi wrażenie. Warto przejść się po piętrach, popodziwiać ogromne zegary i zwrócić uwagę na to, co robi większość ludzi. Otóż większość ludzi je ciasta. Na każdym piętrze, na każdym metrze wzdłuż balustrady stoją kawiarniane stoliki i ani jeden nie jest wolny. A na stolikach porcelana we wzory wszelkie. I na porcelanie ciasta i ciasteczka. Jeszcze raz, gdzie jestem?DSC_0465DSC_0991DSC_0986

Zostawiamy zakupowo-ciastkową rozpustę i idziemy dalej. Gdy tak idziemy przed siebie, to jest trochę jak w rynnie: niesamowicie wysokie budynki po prawej i lewej, a my na dnie, w ich cieniu. Jakoś tak ciasno w tej Australii.

Wszystkie drogi prowadzą do opery, więc i my tam idziemy. Możemy iść od Queen Victoria Building prosto, czyli jest ulica, są chodniki, są sklepy. Możemy iść równoległą Pitt Street, częściowo wyłączoną z ruchu, ale tam niebezpiecznie, bo dużo okazji do zakupów. Albo możemy pójść równie równoległą Elizabeth Street i przy okazji odpocząć chwilę w pięknym Hyde Park. Albo jakąkolwiek inną równoległą. Wspominałam, że wszystkie drogi prowadzą do opery?DSC_0114

Dochodzimy do Circular Quay, esencji Sydney. Most? Jest. Opera? Jest. Woda? Jest. Stateczki? Są. Potężny wycieczkowiec, jeden z największych na świecie? Jest. No to po kolei…

Zapamiętujemy Circular Quay, bo stąd będziemy płynąć promem w inne części Sydney. Teraz most. Harbour Bridge. Jeżeli mam wybrać jedną rzecz, która robi na mnie wrażenie w okolicy, to nie, nie jest to opera. To most. Harbour Bridge jest piękny, potężny, wrażeniotwórczy (chwilowy deficyt przymiotników). No po prostu spektakularny jest. Mogłabym chodzić z jednego brzegu zatoki na drugi nieskończoną ilość razy i nie znudziłby mi się ani most ani widoki z niego. Dla zwiększenia doznań mostowych można albo wejść do pylonu (Pylon Lookout, 13 AUD, widok bezcenny, pylon po prawej idąc od Circular Quay) albo wejść na most (Bridge Climb, około 300 AUD w zależności od pory dnia i opcji). Moje nerwy wybrały opcję z pylonem. Widoki niezapomniane. Świat staje się fototapetą. Ciekawostka: pylony Harbour Bridge nie mają uzasadnienia z konstrukcyjnego punktu widzenia. Most po prostu się na nich nie opiera. Są architektonicznym bajerem zwiększającym nasze zaufanie do kupy stali mającej ponad 1100m długości 🙂 no i można z nich zrobić atrakcję turystyczną. Ciekawostka 2: Harbour Bridge składa się z 52 800 ton stali i ponad 6 milionów nitów, a zanim go zbudowany, promy przewoziły codziennie 40 000 ludzi z jednego brzegu na drugi.DSC_0176_1DSC_0169

Pod mostem (przy moście? Przed mostem?) jest moja ulubiona część Sydney: The Rocks. Historyczna część miasta, pełna uroczych, starych domków. To tutaj osiedlili się pierwsi europejczycy w 1788 roku, więc można powiedzieć, ze jesteśmy w kolebce Australii. Sama nazwa The Rocks wzięła się z tego, że wszystko wybudowano z piaskowca. Kiedyś było to miejsce uciech marynarzy i miejsce pracy prostytutek, teraz jest miejscem uciech turystów i naprawdę warto spędzić tu chwilę. Z ciekawostek: ulica Suez Canal zawdzięcza swoją nazwę temu, że gdy pada deszcz, zamienia się w rzekę.DSC_0064DSC_0028

Oprócz uroczych domków w The Rocks jeszcze jedna rzecz rzuca się w oczy: jedyny w okolicy wysoki i jedyny w okolicy brzydki budynek. Na imię mu Sirius, jest jednym z nielicznych przykładów brutalizmu w Australii i jest brutalnie brzydki.

DSC_0492_1
Widok na The Rocks i w tle brutalnie wystaje Sirius

Co było dalej? Opera. Jak jesteśmy w The Rocks, możemy nie zauważyć opery, bo zasłaniać nam może statek wycieczkowy. Jeden z największych na świecie. I prawdopodobnie zasłaniać będzie, bo cumują tam prawie codziennie. Małe domki, niezbyt duża opera i gigantyczny statek. Widok niesamowity. Równie dobry, gdy przez przypadek trafi się na odpływanie takiego statku z portu wieczorową porą. Dobry punkt widokowy: Cahill Expressway, ten wiadukt z autostradą tuż obok. Z Circular Quay można wjechać na niego windą.DSC_1011.JPGDSC_0086

Wracając do opery: nie polecam oglądać w pochmurny dzień, bo opera nie jest biała… Największe rozczarowanie mojego życia. Opera. W. Sydney. Nie. Jest. Biała. Otóż nie jest. Jest wyłożona beżowymi płytkami i udaje białą, gdy świeci słońce. I jest trochę mała. Ale i tak piękna. Tylko w telewizji jakaś większa się wydawała.

DSC_0030_1
Opera w Sydney w pewien niezbyt słoneczny dzień
2016-03-12 11.31.13
Tym czymś pokryty jest budynek Opery.

Uff, Circular Quay załatwione, idziemy dalej, kierunek: Royal Botanic Gardens. Przepiękny ogród botaniczny, przepiękna zieleń, ale przede wszystkim przepiękne widoki. Na Central Business District, na operę, na Harbour Bridge, na zatokę. Na wszystko. A najbardziej pocztówkowy widok jest z miejsca o wdzięcznej nazwie Mrs. Macquarie’s Chair, nazwanego tak na cześć żony jednego z gubernatorów Nowej Południowej Walii, która miała w zwyczaju siadać w tym miejscu i patrzeć na zatokę i statki do niej wpływające. Teraz jest to ulubione miejsce turystów, którzy przybywają całymi autokarami i nie ma się co dziwić, bo to jest ten widok, który wszyscy znamy z telewizji i tym razem telewizja nie kłamie. Jest pięknie.

DSC_0123
Opera w Sydney w pewien słoneczny dzień.

Z Royal Botanic Gardens wracamy przez Hyde Park w stronę Ratusza i dalej do Darling Harbour. Najlepiej wieczorem, bo przyznam, że ta część Sydney w świetle dziennym mocno mnie rozczarowała. Za to po zachodzie słońca, gdy świecą się światła, knajpy są pełne ludzi, a wszystkie koty są czarne, Darling Harbour robi przyjemne wrażenie. Wtedy warto, a nawet trzeba, wsiąść tam na prom i dać się zawieźć do Circular Quay. Przepłynięcie pod oświetlonym Harbour Bridge jest niezapomniane. W ciągu dnia warto przejść przez Pyrmont Bridge na drugą stronę Darling Harbour, z tej perspektywy Sydney będzie wyglądało lepiej. Dobre wrażenie robi też Barangaroo (jeżeli ktoś ma tak jak ja i nie może zapamiętać nazwy, polecam stworzenie w umyśle hybrydy barana z kangaroo i działa), największy plac budowy w Australii i naprawdę udane wykorzystanie przestrzeni miejskiej.

DSC_0977
Widok na lepszą część Darling Harbour

Tym sposobem w jeden dzień obskakujemy to, co z mojego punktu widzenia najważniejsze i najfajniejsze w Sydney. Jasne, można skorzystać ze świetnie rozwiniętej sieci pociągów, ale po co, skoro można chodzić? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: