Włochy – Worldwide Panda http://worldwidepanda.pl blog podróżniczy Sat, 22 Oct 2022 18:50:33 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=5.6.1 142632216 Łatwe trasy w Dolomitach: szlak dookoła Sass de Putia / Peitlerkofer http://worldwidepanda.pl/szlak-dookola-sass-de-putia/ http://worldwidepanda.pl/szlak-dookola-sass-de-putia/#respond Sat, 22 Oct 2022 18:45:53 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=2542 Wrzesień w Dolomitach. Pierwszy śnieg spadł w górach dwa dni przed naszym przyjazdem, a na pierwszy ogień tegorocznych wędrówek idzie to, co mamy najbliżej noclegu – szlak dookoła Sass de Putia zwany Roda de Pütia lub Sass de Putia Rundweg. Zanim przejdę do trasy (hehe), zacznijmy od bardzo ważnych informacji. Łatwość szlaku jest rzeczą względną, każdy ma inne możliwości. Opisuję trasę z mojej perspektywy: jestem przeciętnie sprawna fizycznie, lubię chodzić, górskie szlaki pokonuję zazwyczaj w zakładanym przez znaki czasie. Po drodzę robię zdjęcia, zatrzymuję się złapać oddech, nie biegnę jak wariat, ale też jakoś bardzo się nie snuję. Mam lęk wysokości, NIENAWIDZĘ łańcuchów i drabin. Skoro wstęp mamy za sobą, zapraszam na trekking dookoła Sass de Putia Opis szlaku dookoła Sass de Putia Zaczynamy z parkingu na Passo delle Erbe. Droga na przełęcz jest bardzo kręta, jak to w górach. Dlatego zawsze i za każdym razem będę podkreślać, jak ważny jest serwis hamulców przed wyjazdem w Dolomity. Zostawiamy auto na parkingu za 5 euro płatne gotówką i od razu mamy widoki na górę Petilerkofel (po niemiecku), bądź Sass de Putia (po włosku), bądź Sas de Pütia (po ladyńsku). Jak ktoś już się zmęczył, to można zacząć od kawy w hotelu Ütia de Börz. Jeśli jeszcze nie, to może ruszyć na szlak z parkingu w prawo, żeby po chwili dojść do schroniska Munt de Fornella i podziwiać masyw. Tutaj zaczyna się rundka dookoła góry. Zgodnie z oznaczeniami powinno się iść przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, czyli w prawo. My poszliśmy odwrotnie. Był wrzesień, śnieg, raptem kilka stopni powyżej zera, więc słońce było ważniejsze niż strzałki na mapie. Miało to swoje konsekwencje. Dojdziemy do nich zdecydowanie później. Ruszamy w lewo zamiast w prawo i zaczynamy od bardzo przyjemnego i płaskiego spaceru przez las. Wychodzimy z lasu, mijamy schronisko Ütia de Göma, podziwiamy widoki i po jakimś czasie zaczyna się pierwsze podejście, zwieńczone wspaniałą panoramą Dolomitów. Kawałeczek dalej zatrzymujemy się w Utia Vaciara. To schronisko zdecydowanie wygrywa w kategorii “Lokalizacja”. Jest w połowie trasy, z jednej strony widać “tył” Sass de Putia, z drugiej panoramę gór. Siedzi człowiek na hali, wciąga wspaniały Kaiserschmarrn (chyba najlepszy jaki zjadłam na tym wyjeździe!), popija Aperol Spritzem. Tak to ja mogę po górach chodzić. Dla spragnionych lokalnych potraw: rosół z knedlami. Dolomity niby są we Włoszech, ale Południowy Tyrol to takie trochę oszukane Włochy, więc i kuchnia inna. Bardzo górska, ciepła i pożywna. Z szczęśliwymi brzuszkami i smutnymi serduszkami rozstajemy się z Utia Vaciara, żeby rozpocząć drugi odcinek podejścia. Górska autostrada, jedyna trudność to tak naprawdę silny wiatr. Docieramy do przełęczy Furcela de Pütia i tu zaczyna się niespodzianka, a raczej konsekwencja wyboru kierunku zwiedzania. W dół prowadzi żleb. Wąska, dość stroma i kamienista ścieżka. Dolomity zbudowane są z… dolomitów (zero zaskoczenia) i wapieni, więc z lekkich skał osadowych, które osypują się pod butami i schodzenie w dół bardziej przypomina ślizganie się. Dodajmy do tego trochę zmrożonego śniegu i lodu, a otrzymamy przepis na niezbyt przyjemne zejście. Gdybyśmy poszli zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to na początku bardzo byśmy się zdziwili, ale pewnie łatwiej by było wejść. Po żlebie jeszcze kawałek przyjemnego, łagodnego szlaku i oto zamykamy kółko. Żleb z góry i żleb z dołu. Gdzieś na tej ścieżce są ludziki. Trasy alternatywne na Sass de Putia Na Forcella de Putia można sobie urozmaicić wędrówkę zdobywając szczyty. Piccolo Sass de Putia / Kleiner Peitelerkofel (2813 m)  jest ponoć dla standardowych turystów. Sass de Putia / Peitlerkofel (2875 m)  jest już szczytem z gwiazdką – dla tych, którzy chodzą po ferratach. Dla nas była to trasa rozgrzewkowa na pierwszy dzień w Dolomitach, na podejściu na przełęcz strasznie nas przewiało, więc zdobywanie szczytu odpuściliśmy. Podsumowanie i ocena trudności szlaku Trasa dookoła Sass de Putia zajęła nam 5:30 z przerwą na obiad, zdjęciami i baaaardzo wolnym zejściem z przełęczy żlebem. Według danych z zegarka przeszliśmy 15 km. Szliśmy bez kijków trekkingowych. Z kijkami żleb pewnie byłby przyjemniejszy. Cały szlak jest obiektywnie łatwy, przy Utia Vaciara można zawrócić i pójść tą samą drogą, jeśli ktoś bardzo nie chce iść żlebem. Obiektywnie patrząc, ten żleb nie był trudny. Był jedynie zaskakujący, bo nie natknęłam się na jego opis na żadnym blogu, na którym szukałam informacji. Zdecydowanie polecam zrobić pełne kółko. Jeśli nie zgłodnieliście przechodząc koło Vaciary, a chcielibyście coś zjeść po przejściu trasy, polecam restaurację Cristlá zaraz za Antermoia. Pizzę mają średnią, jak w całym Południowym Tyrolu, ale pozostałe dania to bajka! Zwłaszcza jak na lokalizację pośrodku niczego. Hugo też mają bardzo dobre i we wrześniu 2022 kosztowało 4 euro. Makarony 12-14 euro, pizza 7-10 euro.

Artykuł Łatwe trasy w Dolomitach: szlak dookoła Sass de Putia / Peitlerkofer pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Wrzesień w Dolomitach. Pierwszy śnieg spadł w górach dwa dni przed naszym przyjazdem, a na pierwszy ogień tegorocznych wędrówek idzie to, co mamy najbliżej noclegu – szlak dookoła Sass de Putia zwany Roda de Pütia lub Sass de Putia Rundweg.

Zanim przejdę do trasy (hehe), zacznijmy od bardzo ważnych informacji. Łatwość szlaku jest rzeczą względną, każdy ma inne możliwości. Opisuję trasę z mojej perspektywy: jestem przeciętnie sprawna fizycznie, lubię chodzić, górskie szlaki pokonuję zazwyczaj w zakładanym przez znaki czasie. Po drodzę robię zdjęcia, zatrzymuję się złapać oddech, nie biegnę jak wariat, ale też jakoś bardzo się nie snuję. Mam lęk wysokości, NIENAWIDZĘ łańcuchów i drabin. Skoro wstęp mamy za sobą, zapraszam na trekking dookoła Sass de Putia

Opis szlaku dookoła Sass de Putia

Zaczynamy z parkingu na Passo delle Erbe. Droga na przełęcz jest bardzo kręta, jak to w górach. Dlatego zawsze i za każdym razem będę podkreślać, jak ważny jest serwis hamulców przed wyjazdem w Dolomity. Zostawiamy auto na parkingu za 5 euro płatne gotówką i od razu mamy widoki na górę Petilerkofel (po niemiecku), bądź Sass de Putia (po włosku), bądź Sas de Pütia (po ladyńsku). Jak ktoś już się zmęczył, to można zacząć od kawy w hotelu Ütia de Börz. Jeśli jeszcze nie, to może ruszyć na szlak z parkingu w prawo, żeby po chwili dojść do schroniska Munt de Fornella i podziwiać masyw.

Tutaj zaczyna się rundka dookoła góry. Zgodnie z oznaczeniami powinno się iść przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, czyli w prawo. My poszliśmy odwrotnie. Był wrzesień, śnieg, raptem kilka stopni powyżej zera, więc słońce było ważniejsze niż strzałki na mapie. Miało to swoje konsekwencje. Dojdziemy do nich zdecydowanie później.

Ruszamy w lewo zamiast w prawo i zaczynamy od bardzo przyjemnego i płaskiego spaceru przez las. Wychodzimy z lasu, mijamy schronisko Ütia de Göma, podziwiamy widoki i po jakimś czasie zaczyna się pierwsze podejście, zwieńczone wspaniałą panoramą Dolomitów.

Kawałeczek dalej zatrzymujemy się w Utia Vaciara. To schronisko zdecydowanie wygrywa w kategorii “Lokalizacja”. Jest w połowie trasy, z jednej strony widać “tył” Sass de Putia, z drugiej panoramę gór. Siedzi człowiek na hali, wciąga wspaniały Kaiserschmarrn (chyba najlepszy jaki zjadłam na tym wyjeździe!), popija Aperol Spritzem. Tak to ja mogę po górach chodzić. Dla spragnionych lokalnych potraw: rosół z knedlami. Dolomity niby są we Włoszech, ale Południowy Tyrol to takie trochę oszukane Włochy, więc i kuchnia inna. Bardzo górska, ciepła i pożywna.

Z szczęśliwymi brzuszkami i smutnymi serduszkami rozstajemy się z Utia Vaciara, żeby rozpocząć drugi odcinek podejścia. Górska autostrada, jedyna trudność to tak naprawdę silny wiatr. Docieramy do przełęczy Furcela de Pütia i tu zaczyna się niespodzianka, a raczej konsekwencja wyboru kierunku zwiedzania. W dół prowadzi żleb. Wąska, dość stroma i kamienista ścieżka. Dolomity zbudowane są z… dolomitów (zero zaskoczenia) i wapieni, więc z lekkich skał osadowych, które osypują się pod butami i schodzenie w dół bardziej przypomina ślizganie się. Dodajmy do tego trochę zmrożonego śniegu i lodu, a otrzymamy przepis na niezbyt przyjemne zejście. Gdybyśmy poszli zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to na początku bardzo byśmy się zdziwili, ale pewnie łatwiej by było wejść. Po żlebie jeszcze kawałek przyjemnego, łagodnego szlaku i oto zamykamy kółko.


Żleb z góry i żleb z dołu. Gdzieś na tej ścieżce są ludziki.

Trasy alternatywne na Sass de Putia

Na Forcella de Putia można sobie urozmaicić wędrówkę zdobywając szczyty. Piccolo Sass de Putia / Kleiner Peitelerkofel (2813 m)  jest ponoć dla standardowych turystów. Sass de Putia / Peitlerkofel (2875 m)  jest już szczytem z gwiazdką – dla tych, którzy chodzą po ferratach. Dla nas była to trasa rozgrzewkowa na pierwszy dzień w Dolomitach, na podejściu na przełęcz strasznie nas przewiało, więc zdobywanie szczytu odpuściliśmy.

Podsumowanie i ocena trudności szlaku

Trasa dookoła Sass de Putia zajęła nam 5:30 z przerwą na obiad, zdjęciami i baaaardzo wolnym zejściem z przełęczy żlebem. Według danych z zegarka przeszliśmy 15 km. Szliśmy bez kijków trekkingowych. Z kijkami żleb pewnie byłby przyjemniejszy.

Cały szlak jest obiektywnie łatwy, przy Utia Vaciara można zawrócić i pójść tą samą drogą, jeśli ktoś bardzo nie chce iść żlebem. Obiektywnie patrząc, ten żleb nie był trudny. Był jedynie zaskakujący, bo nie natknęłam się na jego opis na żadnym blogu, na którym szukałam informacji. Zdecydowanie polecam zrobić pełne kółko.

Jeśli nie zgłodnieliście przechodząc koło Vaciary, a chcielibyście coś zjeść po przejściu trasy, polecam restaurację Cristlá zaraz za Antermoia. Pizzę mają średnią, jak w całym Południowym Tyrolu, ale pozostałe dania to bajka! Zwłaszcza jak na lokalizację pośrodku niczego. Hugo też mają bardzo dobre i we wrześniu 2022 kosztowało 4 euro. Makarony 12-14 euro, pizza 7-10 euro.

Artykuł Łatwe trasy w Dolomitach: szlak dookoła Sass de Putia / Peitlerkofer pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/szlak-dookola-sass-de-putia/feed/ 0 2542
Monopoli, czyli jak zjeść pizzę i mieć makaron http://worldwidepanda.pl/monopoli-czyli-jak-zjesc-pizze-i-miec-makaron/ http://worldwidepanda.pl/monopoli-czyli-jak-zjesc-pizze-i-miec-makaron/#comments Thu, 17 Oct 2019 20:02:09 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=2413 Jedna z moich prawd życiowych brzmi: nie wiesz dokąd jechać, jedź do Włoch. Od niedawna mam nową prawdę życiową: Apulia to zawsze dobry pomysł. W pewien piękny letni piątek stwierdziłam, że czas na urlop, czas nad morze. Nadmorski pęd zapędził mnie do Monopoli, o którym wiedziałam mniej więcej tyle, że jest nad morzem i da się tam dojechać z Bari. Brzmi jak dobry początek. Włochy w pigułce Co robić w Monopoli? W Monopoli najlepiej jest być. Jeść, pić, spacerować, żyć. Pływać w morzu, wchodzić w zaułki. Robić sobie zdjęcia z kaktusami. I zaczynać dzień w jedyny słuszny sposób. Poranki są dla mnie święte. Śniadanie, kawa, potem możemy rozmawiać. We Włoszech: rogalik z dżemem (najlepiej morelowym) i espresso. Po ten początek idziemy do Cafe Roma i nie wiemy, czy jesteśmy na planie jakiegoś filmu, czy to po prostu włoska rzeczywistość. Nieważne. Ważne, że to są Włochy o jakie mi chodziło. Machające ręce, filiżanka wędrująca nad głowami, bo Antonio zamówił do stolika. Kolejna filiżanka trafia na krzywą wieżę pokawową w zlewie. Kolejne espresso przy ladzie, rogalik dla tej pani. Cafe Roma to Włochy w pigułce. Jest chaotycznie, serdecznie, smacznie. Starszy pan przepuszcza mnie w kolejce, ależ nie, niech pan idzie pierwszy, nie, pani pierwsza. Nie da się nie uśmiechnąć. Kaktusy i pozostała flora O dziwo nie tylko jedzenie wywołuje u mnie uśmiech. Podobnie działają rośliny w zaułkach, uliczkach i przed domami. Czy to jakiś fenomen Apulii, czy całe południe tak ma? Monopoli, Bari, Locorotondo, Ostuni. Opuncje, monstery, wilczomlecze. Na tym kończy się moja znajomość flory południowych Włoch. Roślinna ignorancja nie przeszkadza mi w docenianiu tych gankowych aranżacji. Czyż to nie jest piękne? Piękny jest też pewien pocztówkowy widoczek. Najbardziej znane miejsce w Monopoli. Port z niebieskimi łódkami rybaków. Nie zliczę ile razy przechodziłam tamtędy o każdej porze dnia. Cóż, lubię niebieski, a port jest zaraz przy głównej arterii przechodzącej przez Centro Storico. Warto zbaczać w zaułki, gubić się, przechodzić trzy razy przez ten sam plac z tym samym kościółkiem.  Swoją drogą, Monopoli to chyba pierwsze włoskie miasto, gdzie nie do końca działał mój system namierzania kawy. Dla przypomnienia: chcesz kawę, znajdź kościół, będzie przy nim kawiarnia. System się wysypał, bo w centrum Monopoli jest zatrzęsienie kościołów. I to całkiem ciekawych, tak jak Chiesa Santa Maria Del Suffragio, przyozdobiony czaszkami i z 9 mumiami w środku. Tuż obok jest katedra, a przy niej mur. Ponoć pewien biskup kazał go wybudować, żeby morska bryza nie podwiewała spódnic pań przechodzących przez plac katedralny. A skoro o bryzie mowa… Przecież miało być morze! Może nad morze i na plaże Monopoli? Jestem wybredna w kwestii morza (i nie tylko). Woda musi być turkusowa, przejrzysta i ciepła. Adriatyk spełnił wszystkie te kryteria. Plaże w Monopoli są dość specyficzne. Główna jest przy samym Centro Storico i akurat była w remoncie. Kolejne to mniejsze bądź większe zatoczki z mniejszą lub większą ilością piasku. Im dalej od centrum, tym mniej ludzi, ale też bardziej skalisto. Poleżeć z książką się nie da, ale kto by leżał gdy jest tak pięknie? Polecam wypłynąć z zatoczki Scogliera Perla Nera. Widok z morza na stare miasto robi robotę! Kawałeczek dalej jest Cala di Porto Verde – spokojniejsza, piękna i bardziej dzika. Włoskie jedzenie forever A jak już pozwiedzamy i popływamy, to warto uzupełnić kalorie. Oto moja subiektywna lista gastronomicznych faworytów, czyli co zjeść w Monopoli: Primo Pasta Bar – makarony w okolicach 5 euro za standardową porcję. Polecam ten z tuńczykiem i ten z małżami i każdy inny. Jedliśmy tam CODZIENNIE. The King Street Food – wbrew pozorom to nie food truck, a knajpka na placu w Centro Storico. Pizza koło 5 euro. Godny Aperol Spritz. Coperto akceptowalne. Pizza na kawałki za 1 euro lub cała Margharita za 3,50 euro – nazwy miejsca nie pamiętam, ale szukajcie na Piazza Vittorio Emanuele II w okolicy skrzyżowania z via Rattazzi La Perla Nera – Aperol Spritz z najlepszym widokiem na morze Iridium Cafe – dobre na śniadanie i rogalika z dżemem morelowym Cafe nel Chiasso – kawiarnia w pięknym zaułku. Kelner polecał Sangrię, ja też. I tak oto ten tekst zatoczył koło. Od jedzenia zaczęłam, na jedzeniu skończyłam. 

Artykuł Monopoli, czyli jak zjeść pizzę i mieć makaron pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Jedna z moich prawd życiowych brzmi: nie wiesz dokąd jechać, jedź do Włoch. Od niedawna mam nową prawdę życiową: Apulia to zawsze dobry pomysł. W pewien piękny letni piątek stwierdziłam, że czas na urlop, czas nad morze. Nadmorski pęd zapędził mnie do Monopoli, o którym wiedziałam mniej więcej tyle, że jest nad morzem i da się tam dojechać z Bari. Brzmi jak dobry początek.

Włochy w pigułce

Co robić w Monopoli? W Monopoli najlepiej jest być. Jeść, pić, spacerować, żyć. Pływać w morzu, wchodzić w zaułki. Robić sobie zdjęcia z kaktusami. I zaczynać dzień w jedyny słuszny sposób. Poranki są dla mnie święte. Śniadanie, kawa, potem możemy rozmawiać. We Włoszech: rogalik z dżemem (najlepiej morelowym) i espresso. Po ten początek idziemy do Cafe Roma i nie wiemy, czy jesteśmy na planie jakiegoś filmu, czy to po prostu włoska rzeczywistość. Nieważne. Ważne, że to są Włochy o jakie mi chodziło. Machające ręce, filiżanka wędrująca nad głowami, bo Antonio zamówił do stolika. Kolejna filiżanka trafia na krzywą wieżę pokawową w zlewie. Kolejne espresso przy ladzie, rogalik dla tej pani. Cafe Roma to Włochy w pigułce. Jest chaotycznie, serdecznie, smacznie. Starszy pan przepuszcza mnie w kolejce, ależ nie, niech pan idzie pierwszy, nie, pani pierwsza. Nie da się nie uśmiechnąć.

Kaktusy i pozostała flora

O dziwo nie tylko jedzenie wywołuje u mnie uśmiech. Podobnie działają rośliny w zaułkach, uliczkach i przed domami. Czy to jakiś fenomen Apulii, czy całe południe tak ma? Monopoli, Bari, Locorotondo, Ostuni. Opuncje, monstery, wilczomlecze. Na tym kończy się moja znajomość flory południowych Włoch. Roślinna ignorancja nie przeszkadza mi w docenianiu tych gankowych aranżacji. Czyż to nie jest piękne?

Piękny jest też pewien pocztówkowy widoczek. Najbardziej znane miejsce w Monopoli. Port z niebieskimi łódkami rybaków. Nie zliczę ile razy przechodziłam tamtędy o każdej porze dnia. Cóż, lubię niebieski, a port jest zaraz przy głównej arterii przechodzącej przez Centro Storico. Warto zbaczać w zaułki, gubić się, przechodzić trzy razy przez ten sam plac z tym samym kościółkiem. 

Swoją drogą, Monopoli to chyba pierwsze włoskie miasto, gdzie nie do końca działał mój system namierzania kawy. Dla przypomnienia: chcesz kawę, znajdź kościół, będzie przy nim kawiarnia. System się wysypał, bo w centrum Monopoli jest zatrzęsienie kościołów. I to całkiem ciekawych, tak jak Chiesa Santa Maria Del Suffragio, przyozdobiony czaszkami i z 9 mumiami w środku.

Tuż obok jest katedra, a przy niej mur. Ponoć pewien biskup kazał go wybudować, żeby morska bryza nie podwiewała spódnic pań przechodzących przez plac katedralny. A skoro o bryzie mowa… Przecież miało być morze!

Może nad morze i na plaże Monopoli?

Jestem wybredna w kwestii morza (i nie tylko). Woda musi być turkusowa, przejrzysta i ciepła. Adriatyk spełnił wszystkie te kryteria. Plaże w Monopoli są dość specyficzne. Główna jest przy samym Centro Storico i akurat była w remoncie. Kolejne to mniejsze bądź większe zatoczki z mniejszą lub większą ilością piasku. Im dalej od centrum, tym mniej ludzi, ale też bardziej skalisto. Poleżeć z książką się nie da, ale kto by leżał gdy jest tak pięknie? Polecam wypłynąć z zatoczki Scogliera Perla Nera. Widok z morza na stare miasto robi robotę! Kawałeczek dalej jest Cala di Porto Verde – spokojniejsza, piękna i bardziej dzika.

Włoskie jedzenie forever

A jak już pozwiedzamy i popływamy, to warto uzupełnić kalorie. Oto moja subiektywna lista gastronomicznych faworytów, czyli co zjeść w Monopoli:

  • Primo Pasta Bar – makarony w okolicach 5 euro za standardową porcję. Polecam ten z tuńczykiem i ten z małżami i każdy inny. Jedliśmy tam CODZIENNIE.
  • The King Street Food – wbrew pozorom to nie food truck, a knajpka na placu w Centro Storico. Pizza koło 5 euro. Godny Aperol Spritz. Coperto akceptowalne.
  • Pizza na kawałki za 1 euro lub cała Margharita za 3,50 euro – nazwy miejsca nie pamiętam, ale szukajcie na Piazza Vittorio Emanuele II w okolicy skrzyżowania z via Rattazzi
  • La Perla Nera – Aperol Spritz z najlepszym widokiem na morze
  • Iridium Cafe – dobre na śniadanie i rogalika z dżemem morelowym
  • Cafe nel Chiasso – kawiarnia w pięknym zaułku. Kelner polecał Sangrię, ja też.

I tak oto ten tekst zatoczył koło. Od jedzenia zaczęłam, na jedzeniu skończyłam. 

Artykuł Monopoli, czyli jak zjeść pizzę i mieć makaron pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/monopoli-czyli-jak-zjesc-pizze-i-miec-makaron/feed/ 7 2413
Matera, Mel i malaria http://worldwidepanda.pl/matera-mel-i-malaria/ http://worldwidepanda.pl/matera-mel-i-malaria/#comments Sat, 24 Aug 2019 19:00:38 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=2397 Zacznijmy od ćwiczenia. Spokojnie, nie wymagam aktywności fizycznej, to będzie aktywność umysłowa. Wyobraźcie sobie miasto nad wąwozem, wykute w skale. Rzędy zamieszkałych jaskiń. Każda taka jaskinia to pełnoprawne mieszkanie – jest część kuchenna, jadalna, sypialna. Jest też toaleta, a i miejsce na osiołka i kurę się znajdzie. Wszystko w jednej jaskini, w której mieszka kilkuosobowa rodzina. Wody bieżącej brak, trzeba korzystać z deszczówki. Ogródka warzywnego brak, bo dookoła tuf wulkaniczny. Jak chce się coś wyhodować, to najlepiej wyruszyć na drugą stronę wąwozu – tam są łąki i ziemia uprawna. Zwierzęta też najłatwiej nie mają. A teraz wyobraźcie sobie, że w takich jaskiniach mieszka 15 000 ludzi. Syf i malaria. Dosłownie malaria. Jest rok 1952, właśnie do sprzedaży wchodzi pierwszy komputer IBM. Ma służyć nauce. Gary Cooper dostaje Oscara za rolę w filmie “W samo południe”. Rodzą się Krystyna Janda, Liam Neeson, Bogusław Linda i Mickey Rourke. Kobiety noszą torebki dopasowane do butów. Dior wymyśla koncepcję butików. A we Włoszech, we wspomnianym 1952 roku, rząd decyduje się wysiedlić 15 000 mieszkańców Matery z jaskiń do nowo wybudowanych domów. Tak, ćwiczenie wyobraźni dotyczyło Matery w 1952 roku. Miasto było wtedy nazywane wstydem Włoch. Dość przerażające, prawda? Dwa “jaskiniowe osiedla”, zwane sassi zostały wyludnione i wyparte ze świadomości. Przez lata Matera była zapomnianym miastem-widmem. Włosi przypomnieli sobie o niej w połowie lat 80-tych i zaczęli mozolne uprzątnie i odbudowę. Łatwo nie było. 30 lat zapomnienia zrobiło swoje, trzęsienie ziemi dołożyło trochę od siebie. W 1993 roku Matera została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W tym roku jest Europejską Stolicą Kultury. A teraz pomyślcie, że gdy my byliśmy w Materze, był jakiś wielki huragan, niesamowicie wiało, co chwilę trzaskały drzwi w naszym budynku. To się nazywa klimat. Wiecie, że Matera jest trzecim najstarszym miastem świata? Przez 7000 lat ludzie zamieszkiwali te jaskinie. Tych jaskiń do dziś jest 3000. Odwiedźcie taką Casa Grotta. Wstęp kosztuje kilka euro, a wizyta działa na wyobraźnię. My akurat trafiliśmy na Casa Grotta Antica Matera. Polecam, jeśli będziecie przechodzić obok. Bo w Materze właśnie o to chodzi – żeby chodzić. Błąkać się, wspinać po schodach, trafić na jaskinię, którą niedawno ktoś zamurował i zawrócić. A potem pojechać na drugą stronę wąwozu. Druga strona, to była ta strona, gdzie było życie. Woda i rośliny. I chiese rupestri – kościółki wykute w skale. Są widoczki, są trasy spacerowe aż na sam dół 200-metrowego wąwozu. To jest właśnie część, na którą zabrakło mi czasu. Planując wyjazd do Apulii zdecydowanie nie doceniłam Matery (ale to nie Apulia, tylko Basilicata!). Nie popełniajcie mojego błędu. Lubię ciekawostki, więc jeszcze jedna ciekawostka. W Materze Mel Gibson kręcił Pasję. Bo w 2004 roku Matera przypominała mu Jerozolimę. To chyba też wiele wyjaśnia.

Artykuł Matera, Mel i malaria pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Zacznijmy od ćwiczenia. Spokojnie, nie wymagam aktywności fizycznej, to będzie aktywność umysłowa. Wyobraźcie sobie miasto nad wąwozem, wykute w skale. Rzędy zamieszkałych jaskiń. Każda taka jaskinia to pełnoprawne mieszkanie – jest część kuchenna, jadalna, sypialna. Jest też toaleta, a i miejsce na osiołka i kurę się znajdzie. Wszystko w jednej jaskini, w której mieszka kilkuosobowa rodzina. Wody bieżącej brak, trzeba korzystać z deszczówki. Ogródka warzywnego brak, bo dookoła tuf wulkaniczny. Jak chce się coś wyhodować, to najlepiej wyruszyć na drugą stronę wąwozu – tam są łąki i ziemia uprawna. Zwierzęta też najłatwiej nie mają. A teraz wyobraźcie sobie, że w takich jaskiniach mieszka 15 000 ludzi. Syf i malaria. Dosłownie malaria.

Jest rok 1952, właśnie do sprzedaży wchodzi pierwszy komputer IBM. Ma służyć nauce. Gary Cooper dostaje Oscara za rolę w filmie “W samo południe”. Rodzą się Krystyna Janda, Liam Neeson, Bogusław Linda i Mickey Rourke. Kobiety noszą torebki dopasowane do butów. Dior wymyśla koncepcję butików. A we Włoszech, we wspomnianym 1952 roku, rząd decyduje się wysiedlić 15 000 mieszkańców Matery z jaskiń do nowo wybudowanych domów. Tak, ćwiczenie wyobraźni dotyczyło Matery w 1952 roku. Miasto było wtedy nazywane wstydem Włoch. Dość przerażające, prawda?

Dwa “jaskiniowe osiedla”, zwane sassi zostały wyludnione i wyparte ze świadomości. Przez lata Matera była zapomnianym miastem-widmem. Włosi przypomnieli sobie o niej w połowie lat 80-tych i zaczęli mozolne uprzątnie i odbudowę. Łatwo nie było. 30 lat zapomnienia zrobiło swoje, trzęsienie ziemi dołożyło trochę od siebie. W 1993 roku Matera została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W tym roku jest Europejską Stolicą Kultury.

A teraz pomyślcie, że gdy my byliśmy w Materze, był jakiś wielki huragan, niesamowicie wiało, co chwilę trzaskały drzwi w naszym budynku. To się nazywa klimat.

Wiecie, że Matera jest trzecim najstarszym miastem świata? Przez 7000 lat ludzie zamieszkiwali te jaskinie. Tych jaskiń do dziś jest 3000. Odwiedźcie taką Casa Grotta. Wstęp kosztuje kilka euro, a wizyta działa na wyobraźnię. My akurat trafiliśmy na Casa Grotta Antica Matera. Polecam, jeśli będziecie przechodzić obok. Bo w Materze właśnie o to chodzi – żeby chodzić. Błąkać się, wspinać po schodach, trafić na jaskinię, którą niedawno ktoś zamurował i zawrócić. A potem pojechać na drugą stronę wąwozu.

Druga strona, to była ta strona, gdzie było życie. Woda i rośliny. I chiese rupestri – kościółki wykute w skale. Są widoczki, są trasy spacerowe aż na sam dół 200-metrowego wąwozu. To jest właśnie część, na którą zabrakło mi czasu. Planując wyjazd do Apulii zdecydowanie nie doceniłam Matery (ale to nie Apulia, tylko Basilicata!). Nie popełniajcie mojego błędu.

Lubię ciekawostki, więc jeszcze jedna ciekawostka. W Materze Mel Gibson kręcił Pasję. Bo w 2004 roku Matera przypominała mu Jerozolimę. To chyba też wiele wyjaśnia.

Artykuł Matera, Mel i malaria pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/matera-mel-i-malaria/feed/ 7 2397
Apulia: Locorotondo http://worldwidepanda.pl/apulia-locorotondo/ http://worldwidepanda.pl/apulia-locorotondo/#comments Sun, 28 Oct 2018 13:14:17 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=2206 Do Locorotondo trafiamy przypadkiem. Jest 6 km od naszego domku w środku oliwnego gaju, więc trochę głupio nie wpaść, prawda? I takie przypadki to ja lubię. Jeśli Locorotondo nie jest jedną z najpiękniejszych miejscowości we Włoszech, to nie wiem co jest. Nie jestem w tej opinii osamotniona. Miasteczko jest na liście Borghi più belli d’Italia. Czy kogoś to zaskoczy, jeśli powiem, że to lista najpiękniejszych miasteczek we Włoszech? W Locorotondo jest pusto. PUSTO. Jest popołudnie, czas siesty, otwarte może 2 restauracje i 3 kawiarnie. Nie mamy planu, nie włączamy map, bo po co? Najfajniejsze jest gubienie się w uliczkach. I robienie zdjęć. I aperol spritz w kawiarence na placu Vittorio Emanuele. Czy w Locorotondo coś jest? Niekoniecznie. Miasteczko ma trzy główne cechy: Jest białe Stare miasto jest na planie koła. W końcu rotondo. Konsekwentnie. Darmowy parking przy starym mieście I o ile orkągłość widać jedynie na mapie, to właśnie ta białość sprawia, że jest niesamowicie urodziwe i fotogeniczne. Jasne, są kościoły (w końcu jesteśmy we Włoszech), ale po co zwiedzać kościoły, skoro mieszkańcy chyba startują w konkursie na najciekawszą aranżację z roślin doniczkowych przed wejściem do domu. Powiedzcie mi, że nie mam racji… Naszym planem był brak planu, z jednym wyjątkiem: znaleźć miejsce, z którego są robione zdjęcia starówki. Szukaliśmy dzielnie, aż zauważyliśmy w oddali busa w środku niczego i wielu ludzi dookoła. Czyli tam. Pojechaliśmy. Zrobiliśmy zdjęcia. Tak, to musiało być tam. Do miasteczka wracamy wieczorem na kolację. W porównaniu z pełnym życia Bari, Locorotondo jest przeraźliwie puste. Możliwe, że jesteśmy za wcześnie. W końcu żaden szanujący się południowiec nie je o 19. Faktycznie, znalezienie knajpy nie jest aż tak proste. Zwłaszcza że w Locorotondo zrezygnowali z jakże słusznego wystawiania menu przed restauracją, więc ciężko się zorientować, czy obiad będzie kosztował 8 euro czy 18. Chcieliśmy iść na makaron, lądujemy na w pizzerii Casa Pinto, na piętrze jednego z domów. To był dobry wybór. Wizyta w Locorotondo była jeszcze lepszym wyborem. Wiedza bezużyteczna: jedynym miastem partnerskim Locorotondo jest Trzebnica.  

Artykuł Apulia: Locorotondo pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Do Locorotondo trafiamy przypadkiem. Jest 6 km od naszego domku w środku oliwnego gaju, więc trochę głupio nie wpaść, prawda? I takie przypadki to ja lubię. Jeśli Locorotondo nie jest jedną z najpiękniejszych miejscowości we Włoszech, to nie wiem co jest. Nie jestem w tej opinii osamotniona. Miasteczko jest na liście Borghi più belli d’Italia. Czy kogoś to zaskoczy, jeśli powiem, że to lista najpiękniejszych miasteczek we Włoszech?

Numer na ścianie domu

W Locorotondo jest pusto. PUSTO. Jest popołudnie, czas siesty, otwarte może 2 restauracje i 3 kawiarnie. Nie mamy planu, nie włączamy map, bo po co? Najfajniejsze jest gubienie się w uliczkach. I robienie zdjęć. I aperol spritz w kawiarence na placu Vittorio Emanuele.

uliczka w Locorotondouliczka w LocorotondoAperol Spritz

Czy w Locorotondo coś jest? Niekoniecznie. Miasteczko ma trzy główne cechy:

  1. Jest białe
  2. Stare miasto jest na planie koła. W końcu rotondo. Konsekwentnie.
  3. Darmowy parking przy starym mieście

I o ile orkągłość widać jedynie na mapie, to właśnie ta białość sprawia, że jest niesamowicie urodziwe i fotogeniczne. Jasne, są kościoły (w końcu jesteśmy we Włoszech), ale po co zwiedzać kościoły, skoro mieszkańcy chyba startują w konkursie na najciekawszą aranżację z roślin doniczkowych przed wejściem do domu. Powiedzcie mi, że nie mam racji…

Locorotondo Kaktus LocorotondoKaktusy na schodach

Naszym planem był brak planu, z jednym wyjątkiem: znaleźć miejsce, z którego są robione zdjęcia starówki. Szukaliśmy dzielnie, aż zauważyliśmy w oddali busa w środku niczego i wielu ludzi dookoła. Czyli tam. Pojechaliśmy. Zrobiliśmy zdjęcia. Tak, to musiało być tam.

Panorama Locorotondo

Do miasteczka wracamy wieczorem na kolację. W porównaniu z pełnym życia Bari, Locorotondo jest przeraźliwie puste. Możliwe, że jesteśmy za wcześnie. W końcu żaden szanujący się południowiec nie je o 19. Faktycznie, znalezienie knajpy nie jest aż tak proste. Zwłaszcza że w Locorotondo zrezygnowali z jakże słusznego wystawiania menu przed restauracją, więc ciężko się zorientować, czy obiad będzie kosztował 8 euro czy 18. Chcieliśmy iść na makaron, lądujemy na w pizzerii Casa Pinto, na piętrze jednego z domów. To był dobry wybór. Wizyta w Locorotondo była jeszcze lepszym wyborem.

Wiedza bezużyteczna: jedynym miastem partnerskim Locorotondo jest Trzebnica.

 

Artykuł Apulia: Locorotondo pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/apulia-locorotondo/feed/ 8 2206
Apulia – czego się spodziewać http://worldwidepanda.pl/apulia-czego-sie-spodziewac/ http://worldwidepanda.pl/apulia-czego-sie-spodziewac/#comments Sun, 14 Oct 2018 08:54:40 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=2178 Od jakiegoś czasu przed wyjazdami spisuję listę swoich oczekiwań, a potem konfrontuję z rzeczywistością. Tak jak tu. Albo tu. A czego się spodziewać jadąc do Apulii? Dobre pytanie. Spodziewałam się klasycznych, chaotycznych, południowych Włoch. I to w sumie tyle. Dlatego tym razem będzie inaczej. Tym razem będzie sama apuliańska (jest taki przymiotnik?) rzeczywistość. Oczywiście z perspektywy czterodniowego wyjazdu, nie dekady życia w regionie. Proszę państwa, oto Apulia: Bari jest fajne To było zaskoczenie. Nie wiedziałam co sądzić o Bari, niewiele się po nim spodziewałam, nie czytałam fantastycznych opinii o mieście. Przeczytałam za to jedną, mówiącą że Bari albo się kocha albo nienawidzi. Pozdrawiam z tej pierwszej grupy. Chcieliście kiedyś znaleźć się w takim włoskim mieście niczym z filmu? Kamienice, wąskie uliczki, pranie się suszy, mamma zagniata ciasto na makaron, z okien słychać włoskie przeboje? Jedźcie do Bari! Dodajcie kapliczkę na każdym kroku, makaron suszący się na ulicy i jesteście w Bari. Najlepsza część? Właśnie na starówce spaliśmy i mimo tego, że nie zadzwoniliśmy do właścicielki mieszkania ostrzec, że się zbliżamy, właścicielka przyszła 30 sekund po nas, witając nas z oddali. Uliczny mammamonitoring działa! A gdy zapada noc i mammy znikają ze swoich ulicznych stołeczków, otwierają się knajpy, a na ulicach pojawiają się tłumy. Zwłaszcza w sobotę. I jest super.   Apulia jest fajna Z okna samolotu Apulia wygląda jak jeden wielki gaj oliwny. Z okien samolotu jest jednym wielkim gajem oliwnym, winnicą i sadem w jednym. Z górami, morzem i białymi miasteczkami. Do tego wściekle niebieskie niebo, południowe słońce, jest szał, prawda? To się nie może nie podobać. Przynajmniej moim zdaniem. Gdyby tylko nie te dziurawe drogi… Drogi są dziurawe Drogi w Apulii są tragiczne. Naprawdę tragiczne. Tak złych dróg nie widziałam dawno. Miejscami to nie są drogi. To szwajcarski ser, kratery, tarka, nazwijcie to jak chcecie. Droga z Polignano a Mare do Matery była naprawdę straszna. Twarde zawieszenie też nie pomagało. Skoro droga krajowa była kiepska, to może autostrada? Niekoniecznie. Roboty drogowe, których nikt od dawna nie widział i ograniczenie prędkości do 40km/h. Znalezienie jedzenia nie jest proste Tak jak nad jeziorem Garda jedzenie było wszędzie, tak w Apulii nie było to aż takie proste. Na południu Włosi mocno biorą sobie do serca siestę i teoretycznie do 19:00 życia nie ma. Teoretycznie, bo w praktyce najwięcej knajp jest otwartych o 21. Szybkie calzone w ciągu dnia? Niekoniecznie. Chyba, że po prostu miałam takiego pecha… Apulia jest biała Co najlepiej pasuje do ostrego słońca i intensywnie niebieskiego nieba. To chyba oczywiste, że białe budynki. Bieli w Apulii nie brakuje i wygląda to przepięknie. W sumie tak, jak człowiek się spodziewa. Białe są miasteczka i białe są śmieszne okrągłe domki trullo. Tak powinno być na południu. Turyści są Włochami I to jest ciekawa ciekawostka. Większość turystów, na których trafiliśmy, to Włosi. Jasne, spotkaliśmy kilka azjatyckich wycieczek, trochę Niemców i Francuzów, ludzi z naszego samolotu, ale turystów wcale nie było aż tak dużo. Może to kwestia terminu (koniec września), ale zazwyczaj trafialiśmy na zwiedzających Włochów. Ciekawa odmiana. Wniosek: Apulia jest fajna I z tym Was zostawiam. Na chwilę.

Artykuł Apulia – czego się spodziewać pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Od jakiegoś czasu przed wyjazdami spisuję listę swoich oczekiwań, a potem konfrontuję z rzeczywistością. Tak jak tu. Albo tu. A czego się spodziewać jadąc do Apulii? Dobre pytanie. Spodziewałam się klasycznych, chaotycznych, południowych Włoch. I to w sumie tyle. Dlatego tym razem będzie inaczej. Tym razem będzie sama apuliańska (jest taki przymiotnik?) rzeczywistość. Oczywiście z perspektywy czterodniowego wyjazdu, nie dekady życia w regionie. Proszę państwa, oto Apulia:

Bari jest fajne

To było zaskoczenie. Nie wiedziałam co sądzić o Bari, niewiele się po nim spodziewałam, nie czytałam fantastycznych opinii o mieście. Przeczytałam za to jedną, mówiącą że Bari albo się kocha albo nienawidzi. Pozdrawiam z tej pierwszej grupy.

Chcieliście kiedyś znaleźć się w takim włoskim mieście niczym z filmu? Kamienice, wąskie uliczki, pranie się suszy, mamma zagniata ciasto na makaron, z okien słychać włoskie przeboje? Jedźcie do Bari! Dodajcie kapliczkę na każdym kroku, makaron suszący się na ulicy i jesteście w Bari. Najlepsza część? Właśnie na starówce spaliśmy i mimo tego, że nie zadzwoniliśmy do właścicielki mieszkania ostrzec, że się zbliżamy, właścicielka przyszła 30 sekund po nas, witając nas z oddali. Uliczny mammamonitoring działa!

A gdy zapada noc i mammy znikają ze swoich ulicznych stołeczków, otwierają się knajpy, a na ulicach pojawiają się tłumy. Zwłaszcza w sobotę. I jest super.

 

Apulia jest fajna

Z okna samolotu Apulia wygląda jak jeden wielki gaj oliwny. Z okien samolotu jest jednym wielkim gajem oliwnym, winnicą i sadem w jednym. Z górami, morzem i białymi miasteczkami. Do tego wściekle niebieskie niebo, południowe słońce, jest szał, prawda? To się nie może nie podobać. Przynajmniej moim zdaniem. Gdyby tylko nie te dziurawe drogi…

Drogi są dziurawe

Drogi w Apulii są tragiczne. Naprawdę tragiczne. Tak złych dróg nie widziałam dawno. Miejscami to nie są drogi. To szwajcarski ser, kratery, tarka, nazwijcie to jak chcecie. Droga z Polignano a Mare do Matery była naprawdę straszna. Twarde zawieszenie też nie pomagało. Skoro droga krajowa była kiepska, to może autostrada? Niekoniecznie. Roboty drogowe, których nikt od dawna nie widział i ograniczenie prędkości do 40km/h.

Znalezienie jedzenia nie jest proste

Tak jak nad jeziorem Garda jedzenie było wszędzie, tak w Apulii nie było to aż takie proste. Na południu Włosi mocno biorą sobie do serca siestę i teoretycznie do 19:00 życia nie ma. Teoretycznie, bo w praktyce najwięcej knajp jest otwartych o 21. Szybkie calzone w ciągu dnia? Niekoniecznie. Chyba, że po prostu miałam takiego pecha…

Apulia jest biała

Co najlepiej pasuje do ostrego słońca i intensywnie niebieskiego nieba. To chyba oczywiste, że białe budynki. Bieli w Apulii nie brakuje i wygląda to przepięknie. W sumie tak, jak człowiek się spodziewa. Białe są miasteczka i białe są śmieszne okrągłe domki trullo. Tak powinno być na południu.

Turyści są Włochami

I to jest ciekawa ciekawostka. Większość turystów, na których trafiliśmy, to Włosi. Jasne, spotkaliśmy kilka azjatyckich wycieczek, trochę Niemców i Francuzów, ludzi z naszego samolotu, ale turystów wcale nie było aż tak dużo. Może to kwestia terminu (koniec września), ale zazwyczaj trafialiśmy na zwiedzających Włochów. Ciekawa odmiana.

Wniosek: Apulia jest fajna

I z tym Was zostawiam. Na chwilę.

Artykuł Apulia – czego się spodziewać pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/apulia-czego-sie-spodziewac/feed/ 18 2178
Ferrari & Modena http://worldwidepanda.pl/ferrari-modena/ http://worldwidepanda.pl/ferrari-modena/#comments Sat, 14 Jul 2018 05:35:42 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=1885 Ocet balsamiczny. Luciano Pavarotti. Enzo Ferrari. Jedzenie, muzyka, szybkie samochody. Modena wiedziała co robić, żeby zainteresować sobą ludzi. Na motoryzacji się nie znam, ale jestem wierną fanką i posiadaczką włoskiego samochodu na F. Fiata. Ani moja kompletna samochodowa ignorancja, ani posiadanie nie tego F co trzeba, nie przeszkodziły mi w wyrażeniu entuzjazmu wobec wycieczki do muzeum Ferrari. Co jak co, ale ładne rzeczy to ja zawsze docenię. Więc pojechaliśmy. Ferrari=Maranello, więc pojechaliśmy do Museo Ferrari w Maranello (takiej miejscowości pod Modeną). Do dzisiaj nie wiem, czy to był dobry wybór. W końcu jedno muzeum to za mało, więc oprócz Museo Ferrari w Maranello jest jeszcze Museo Casa Enzo Ferrari. Według internetu w obu muzeach jest mniej więcej to samo, ceny biletów takie same (16 EUR), więc co wybrać? Ja tego niestety nie wiem. Uznajmy więc, że wybór Maranello był dobrym wyborem. Jako że się nie znam, to się nie wypowiem, za to przekażę głos komuś, kto wie o czym mówi. O Muzeum Ferrari w Maranello opowie Wam Błażej: Muzeum Ferrari opowiada historię nie tylko aut, ale historię Enzo Ferrari. Ze szczególnym naciskiem na jego życiowe motto – robić samochody, żeby się ścigać i sprzedawać je po to, żeby móc się ścigać. Gdy inni jeździli na wyścigi, żeby się pokazać i zwiększyć sprzedaż, Enzo chciał się cieszyć samochodami. I to widać. W jednej sali są bolidy F1, którymi jeździli Raikkonen, Schumacher, Lauda i wszystkie stały koło siebie. Wrażenie robi to, jak bolidy wyewoluowały i jak bardzo ich forma podporządkowana jest aerodynamice. Spójrzcie na starsze bolidy. Przerażające musiało być jeżdżenie 200km/h na kołach niewiele szerszych od kół rowerowych. Kierowcy musieli mieć spore cojones… Zawsze dzieliłem Ferrari na Ferrari od F1 i Ferrari od “cywlinych” aut, bo zazwyczaj takie auta jednego producenta nie mają nigdy nic wspólnego. Są tak naprawdę robione przez dwie osobne firmy. Za to potem reklamy mówią nam o technologii F1 w Renault Clio. Wyobrażacie sobie Fernando Alonso w Renault Clio? No właśnie. A może musiał jeździć… Wygląda na to, że „cywilne” i wyścigowe Ferrari mają ze sobą więcej wspólnego niż myślałem.   Wrażenie robi też to, jak kiedyś podchodzono do projektowania samochodów. Wszystko robiono ręcznie – aluminiowe elementy karoserii formowano młotkiem na drewnianym modelu. Stare rysunki techniczne są dość zabawne. Mają tyle wspólnego ze współczesnym rysunkiem technicznym, co wspomniane wcześniej Renault Clio z F1. Pierwsze Ferrari były bardzo “mechaniczne” – wyglądają na proste w konstrukcji i bardzo odbiegają od tych współczesnych, które są w sali obok. Moi faworyci Ferrari 250 GT SWB Berlinetta   F40 – supersamochód z 1987 roku, który do tej pory robi niesamowite wrażenie swoimi osiągami i doznaniami z jazdy. Przez wielu jest uznawany za najlepszy supersamochód na świecie. Aperta – czarny samochód na czarnym tle, La Ferrari w wersji bez dachu. Do 200 km/h rozpędza się w 7 sekund. Wszystkie 210 sztuk sprzedało się jeszcze przed wyprodukowaniem. Ostatnia sztuka kosztowała 8,3 mln Euro. Piękna jest. 250 GT Coupe “Pinifarina” – moim zdaniem najładniejsze Ferrari w muzeum. Piękno tkwi w prostocie. 365 GTB4 (Daytona) – była żółta i coupe, ale w głowie widziałem ją czarną i z Crockettem i Tubbsem. Dino – małe Ferrari, które zostało nazwane na cześć syna Enzo. Dino to tak naprawdę osobna marka, przez wielu nie uznawana za prawdziwe Ferrari. Ulubiony samochód Karoliny (która ma podejrzanie podobny gust samochodowy do Richarda Hammonda) ze wszystkich w muzeum, na równi z: 812 Superfast – piękne, wielkie, bardzo mocne Gran Turismo. I oczywiście bardzo drogie. Jak przystało na Włochów, ma bardzo kreatywną nazwę. Modena Muzeum zwiedzone, czas na Modenę. Centrum Modeny wita nas plenerowym koncertem orkiestry symfonicznej. Jak miło! To chyba była jakaś zorganizowana akcja, bo orkiestry towarzyszyły nam w każdym zakątku miasta. Modena nie jest w czołówce miejsc do odwiedzenia we Włoszech, więc klimat ma zupełnie inny. Mniej turystyczny, bardziej ludzki. Aż dziwnie było być turystą robiącym zdjęcia. Wracając do tematu motoryzacyjnego… Co jest w tutejszej wodzie, ziemi i powietrzu? Z Modeny i okolic jest Ferrari, Maserati, Lamborghini, Pagani i nieistniejące już De Tomaso…

Artykuł Ferrari & Modena pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Ocet balsamiczny. Luciano Pavarotti. Enzo Ferrari. Jedzenie, muzyka, szybkie samochody. Modena wiedziała co robić, żeby zainteresować sobą ludzi.

Na motoryzacji się nie znam, ale jestem wierną fanką i posiadaczką włoskiego samochodu na F. Fiata. Ani moja kompletna samochodowa ignorancja, ani posiadanie nie tego F co trzeba, nie przeszkodziły mi w wyrażeniu entuzjazmu wobec wycieczki do muzeum Ferrari. Co jak co, ale ładne rzeczy to ja zawsze docenię. Więc pojechaliśmy.

Ferrari=Maranello, więc pojechaliśmy do Museo Ferrari w Maranello (takiej miejscowości pod Modeną). Do dzisiaj nie wiem, czy to był dobry wybór. W końcu jedno muzeum to za mało, więc oprócz Museo Ferrari w Maranello jest jeszcze Museo Casa Enzo Ferrari. Według internetu w obu muzeach jest mniej więcej to samo, ceny biletów takie same (16 EUR), więc co wybrać? Ja tego niestety nie wiem. Uznajmy więc, że wybór Maranello był dobrym wyborem.

Jako że się nie znam, to się nie wypowiem, za to przekażę głos komuś, kto wie o czym mówi. O Muzeum Ferrari w Maranello opowie Wam Błażej:

Muzeum Ferrari opowiada historię nie tylko aut, ale historię Enzo Ferrari. Ze szczególnym naciskiem na jego życiowe motto – robić samochody, żeby się ścigać i sprzedawać je po to, żeby móc się ścigać. Gdy inni jeździli na wyścigi, żeby się pokazać i zwiększyć sprzedaż, Enzo chciał się cieszyć samochodami. I to widać.

W jednej sali są bolidy F1, którymi jeździli Raikkonen, Schumacher, Lauda i wszystkie stały koło siebie. Wrażenie robi to, jak bolidy wyewoluowały i jak bardzo ich forma podporządkowana jest aerodynamice. Spójrzcie na starsze bolidy. Przerażające musiało być jeżdżenie 200km/h na kołach niewiele szerszych od kół rowerowych. Kierowcy musieli mieć spore cojones

Zawsze dzieliłem Ferrari na Ferrari od F1 i Ferrari od “cywlinych” aut, bo zazwyczaj takie auta jednego producenta nie mają nigdy nic wspólnego. Są tak naprawdę robione przez dwie osobne firmy. Za to potem reklamy mówią nam o technologii F1 w Renault Clio. Wyobrażacie sobie Fernando Alonso w Renault Clio? No właśnie. A może musiał jeździć… Wygląda na to, że „cywilne” i wyścigowe Ferrari mają ze sobą więcej wspólnego niż myślałem.

 

Wrażenie robi też to, jak kiedyś podchodzono do projektowania samochodów. Wszystko robiono ręcznie – aluminiowe elementy karoserii formowano młotkiem na drewnianym modelu.

Stare rysunki techniczne są dość zabawne. Mają tyle wspólnego ze współczesnym rysunkiem technicznym, co wspomniane wcześniej Renault Clio z F1.

Pierwsze Ferrari były bardzo “mechaniczne” – wyglądają na proste w konstrukcji i bardzo odbiegają od tych współczesnych, które są w sali obok.

Moi faworyci

Ferrari 250 GT SWB Berlinetta

 

F40 – supersamochód z 1987 roku, który do tej pory robi niesamowite wrażenie swoimi osiągami i doznaniami z jazdy. Przez wielu jest uznawany za najlepszy supersamochód na świecie.

zdjęcie dzięki uprzejmości Natalii

Aperta – czarny samochód na czarnym tle, La Ferrari w wersji bez dachu. Do 200 km/h rozpędza się w 7 sekund. Wszystkie 210 sztuk sprzedało się jeszcze przed wyprodukowaniem. Ostatnia sztuka kosztowała 8,3 mln Euro. Piękna jest.

250 GT Coupe “Pinifarina” – moim zdaniem najładniejsze Ferrari w muzeum. Piękno tkwi w prostocie.

365 GTB4 (Daytona) – była żółta i coupe, ale w głowie widziałem ją czarną i z Crockettem i Tubbsem.

Dino – małe Ferrari, które zostało nazwane na cześć syna Enzo. Dino to tak naprawdę osobna marka, przez wielu nie uznawana za prawdziwe Ferrari. Ulubiony samochód Karoliny (która ma podejrzanie podobny gust samochodowy do Richarda Hammonda) ze wszystkich w muzeum, na równi z:

812 Superfast – piękne, wielkie, bardzo mocne Gran Turismo. I oczywiście bardzo drogie. Jak przystało na Włochów, ma bardzo kreatywną nazwę.

Modena

Muzeum zwiedzone, czas na Modenę. Centrum Modeny wita nas plenerowym koncertem orkiestry symfonicznej. Jak miło! To chyba była jakaś zorganizowana akcja, bo orkiestry towarzyszyły nam w każdym zakątku miasta.

Modena nie jest w czołówce miejsc do odwiedzenia we Włoszech, więc klimat ma zupełnie inny. Mniej turystyczny, bardziej ludzki. Aż dziwnie było być turystą robiącym zdjęcia.

Wracając do tematu motoryzacyjnego… Co jest w tutejszej wodzie, ziemi i powietrzu? Z Modeny i okolic jest Ferrari, Maserati, Lamborghini, Pagani i nieistniejące już De Tomaso…

Artykuł Ferrari & Modena pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/ferrari-modena/feed/ 24 1885
Niespodziewana Wenecja http://worldwidepanda.pl/niespodziewana-wenecja-unexpected-venice/ http://worldwidepanda.pl/niespodziewana-wenecja-unexpected-venice/#comments Sun, 01 Jul 2018 18:23:04 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=1860 Pewnego wieczoru nad jeziorem Garda odbyliśmy przyspieszony kurs geografii północy Włoch. Prognoza pogody była bezlitosna: będzie lało. Mapa, aplikacja z prognozą pogody i jedziemy z tematem. Gdzie miało padać? Wszędzie. Z wyjątkiem Wenecji. To co? Jedziemy do Wenecji? Jedziemy. No i pojechaliśmy. Zdążyliśmy wygooglować dwie rzeczy: najtańszy parking (Tronchetto) i taras widokowy. A cała reszta była bardzo spontaniczna. Rzadko zdarza mi się tak bardzo nie przygotować do zwiedzania, ale tym razem mi to nie przeszkadzało. Bo najfajniejsze w Wenecji jest gubienie się w uliczkach, odnajdywanie na placykach (klasyczny schemat kościół-plac-kawiarnia) i przechodzenie przez mostki. Zwiedzanie zabytków i tak nie miałoby większego sensu, bo tego dnia do Wenecji przyjechali chyba wszyscy. A jak mówię, że wszyscy, to naprawdę mam na myśli WSZYSTKICH. To jest największy problem Wenecji: ci wszyscy. Wenecja jest niesamowita i aż ciężko uwierzyć, że jest prawdziwa. Tak, jestem w grupie fanów tego miasta oraz w grupie ludzi, którzy twierdzą, że w Wenecji nie śmierdzi. I bardzo bardzo mi Wenecji żal, bo prędzej czy później zostanie zadeptana. Dzień przed naszym przyjazdem zdemontowano bramki, które automatycznie odcinały dostęp do poszczególnych części miasta, gdy było tam zbyt dużo ludzi. Kontrowersyjne? Może. Ale o 14:00 w Wenecji nie dało się już wytrzymać ani nic obejrzeć. Jak wspomniała moja włoska koleżanka, pomysłów na ograniczenie napływu tłumów jest kilka. Jednym z nich jest wprowadzenie konieczności wcześniejszego zarezerwowania wizyty w Wenecji. I wiecie co? Jestem za. Co prawda wtedy nasza spontaniczna wycieczka nie mogłaby się udać, ale trudno. Znaleźlibyśmy inne miejsce. Spójrzmy prawdzie w oczy: w Wenecji wytrzymaliśmy jakieś 6 godzin. Nie zwiedziliśmy ani bazyliki św. Marka, ani Pałacu Dożów. Do placu św. Marka wszystko było dobrze, od placu św. Marka zrobiło się strasznie. I gdy nasiedzieliśmy się na schodkach i napatrzyliśmy na gondole, zaczęliśmy uciekać w głąb miasta. Jak najdalej od najsłynniejszych zabytków. To była chyba najpiękniejsza część naszego weneckiego spaceru. Błąkanie się po uliczkach, trafianie na spokojne, puste placyki. A potem poszliśmy na most Rialto i znowu było strasznie. Jak już jesteśmy przy pięknym Rialto (dosłownie i w przenośni): warto odwiedzić centrum handlowe tuż obok. Tak, będziemy zwiedzać galerię i to nie sztuki. Otóż na dachu T Fondaco dei Tedeschi jest taras widokowy. Darmowy. Teoretycznie trzeba wejść na górę i na tablecie zarezerwować wejście. Niestety, nawet jak są wolne miejsca za 15 min, to i tak wejdziecie dopiero za 30 min. Chyba że w trakcie rezerwowania biletu zostanie 29 min do wejścia, do już nie wejdziecie. Teoretycznie, bo jak się okazało, rezerwacji nikt nie sprawdza. Bardzo to włoskie, prawda? Za to widok wynagradza wszystko: Kilka faktów: Najtaniej wychodzi parking Tronchetto, trzeba tylko uważać, żeby nie wjechać w strefę VIP. A jak będziecie szukać kasy, to jest jedynie na parterze. Ceny w Wenecji nie są AŻ TAK zabójcze. Kawa jest tańsza niż w Modenie, serio. Najlepiej przyjechać do Wenecji w miarę wcześnie, zanim dojadą wszystkie autokary z jednodniowymi wycieczkami. Wenecji nie da się zwiedzić w jeden dzień, choćby się bardzo bardzo bardzo chciało. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś o architekturze Wenecji, to bardzo polecam obejrzeć ten film.   Tak przy okazji, Wenecja nie zmieniła się za bardzo przez ostatnie 13 lat:  

Artykuł Niespodziewana Wenecja pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Pewnego wieczoru nad jeziorem Garda odbyliśmy przyspieszony kurs geografii północy Włoch. Prognoza pogody była bezlitosna: będzie lało. Mapa, aplikacja z prognozą pogody i jedziemy z tematem. Gdzie miało padać? Wszędzie. Z wyjątkiem Wenecji. To co? Jedziemy do Wenecji? Jedziemy.

No i pojechaliśmy. Zdążyliśmy wygooglować dwie rzeczy: najtańszy parking (Tronchetto) i taras widokowy. A cała reszta była bardzo spontaniczna. Rzadko zdarza mi się tak bardzo nie przygotować do zwiedzania, ale tym razem mi to nie przeszkadzało. Bo najfajniejsze w Wenecji jest gubienie się w uliczkach, odnajdywanie na placykach (klasyczny schemat kościół-plac-kawiarnia) i przechodzenie przez mostki. Zwiedzanie zabytków i tak nie miałoby większego sensu, bo tego dnia do Wenecji przyjechali chyba wszyscy. A jak mówię, że wszyscy, to naprawdę mam na myśli WSZYSTKICH.

To jest największy problem Wenecji: ci wszyscy. Wenecja jest niesamowita i aż ciężko uwierzyć, że jest prawdziwa. Tak, jestem w grupie fanów tego miasta oraz w grupie ludzi, którzy twierdzą, że w Wenecji nie śmierdzi. I bardzo bardzo mi Wenecji żal, bo prędzej czy później zostanie zadeptana.

Dzień przed naszym przyjazdem zdemontowano bramki, które automatycznie odcinały dostęp do poszczególnych części miasta, gdy było tam zbyt dużo ludzi. Kontrowersyjne? Może. Ale o 14:00 w Wenecji nie dało się już wytrzymać ani nic obejrzeć. Jak wspomniała moja włoska koleżanka, pomysłów na ograniczenie napływu tłumów jest kilka. Jednym z nich jest wprowadzenie konieczności wcześniejszego zarezerwowania wizyty w Wenecji. I wiecie co? Jestem za. Co prawda wtedy nasza spontaniczna wycieczka nie mogłaby się udać, ale trudno. Znaleźlibyśmy inne miejsce.

Spójrzmy prawdzie w oczy: w Wenecji wytrzymaliśmy jakieś 6 godzin. Nie zwiedziliśmy ani bazyliki św. Marka, ani Pałacu Dożów. Do placu św. Marka wszystko było dobrze, od placu św. Marka zrobiło się strasznie. I gdy nasiedzieliśmy się na schodkach i napatrzyliśmy na gondole, zaczęliśmy uciekać w głąb miasta. Jak najdalej od najsłynniejszych zabytków. To była chyba najpiękniejsza część naszego weneckiego spaceru. Błąkanie się po uliczkach, trafianie na spokojne, puste placyki. A potem poszliśmy na most Rialto i znowu było strasznie.

Jak już jesteśmy przy pięknym Rialto (dosłownie i w przenośni): warto odwiedzić centrum handlowe tuż obok. Tak, będziemy zwiedzać galerię i to nie sztuki. Otóż na dachu T Fondaco dei Tedeschi jest taras widokowy. Darmowy. Teoretycznie trzeba wejść na górę i na tablecie zarezerwować wejście. Niestety, nawet jak są wolne miejsca za 15 min, to i tak wejdziecie dopiero za 30 min. Chyba że w trakcie rezerwowania biletu zostanie 29 min do wejścia, do już nie wejdziecie. Teoretycznie, bo jak się okazało, rezerwacji nikt nie sprawdza. Bardzo to włoskie, prawda? Za to widok wynagradza wszystko:

Kilka faktów:

Najtaniej wychodzi parking Tronchetto, trzeba tylko uważać, żeby nie wjechać w strefę VIP. A jak będziecie szukać kasy, to jest jedynie na parterze.

Ceny w Wenecji nie są AŻ TAK zabójcze. Kawa jest tańsza niż w Modenie, serio.

Najlepiej przyjechać do Wenecji w miarę wcześnie, zanim dojadą wszystkie autokary z jednodniowymi wycieczkami.

Wenecji nie da się zwiedzić w jeden dzień, choćby się bardzo bardzo bardzo chciało.

Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś o architekturze Wenecji, to bardzo polecam obejrzeć ten film.

 

Tak przy okazji, Wenecja nie zmieniła się za bardzo przez ostatnie 13 lat:

 

Artykuł Niespodziewana Wenecja pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/niespodziewana-wenecja-unexpected-venice/feed/ 36 1860
Lago di Garda: część wschodnia http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda-czesc-wschodnia-east-side/ http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda-czesc-wschodnia-east-side/#comments Sat, 23 Jun 2018 19:04:58 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=1796 Zachodnia część jeziora Garda zwiedzona, czas na wschodnią. Czy jest lepsza/ciekawsza/fajniejsza? Spoiler alert: jest. Krajobraz wschodniej strony jeziora jest zupełnie inny. Droga idzie niżej, plaża i tafla jeziora są praktycznie na wyciągnięcie ręki. Jest mniej górzyście, bardziej morsko. Nie licząc oczywiście tych gór na drugim brzegu. I tych po tej stronie, ale za miasteczkami. Niestety pogoda krzyżuje nam plany i wschodnią Gardę traktujemy trochę po macoszemu. Cóż, trzeba tam jeszcze wrócić. Peschiera del Garda W naszym przewodniku “Italian Lakes” Peschiery nie ma. Przeoczenie, drogie Lonely Planet. Do Peschiery trafiamy dlatego, że tuż obok jest nasz camping. Już pierwszego dnia zwiedzamy uliczki, mury obronne z fosą, której woda ma cudny kolor, kanał prawie jak w Wenecji, bramę z czasów Republiki Weneckiej i wzgórze z widokami na jezioro. Serio Lonely Planet? Nawet jednego zdania o Peschierze? A tak przy okazji: to w Peschierze jemy najlepszą pizzę, pijemy Aperol Spritz z najlepszym stosunkiem wielkości do ceny i znajdujemy darmowy parking przy Campo Sportivo.   Madonna della Corona To miejsce ma swoją własną historię. Dawno, dawno temu zobaczyłam zdjęcie kościółka przyrośniętego do góry. Pomyślałam “wow”, sprawdziłam gdzie to jest, okazało się, że nad jeziorem Garda, więc oznajmiłam: JEDZIEMY. I pojechaliśmy. Wysoko w góry, gdzie oprócz stada alpak spotkaliśmy tylko polską wycieczkę. Miało być wow, było wow. Jak stwierdził Błażej: no tak, Włochom nie chciało się czwartej ściany stawiać, to sobie kościółek do góry dobudowali. Jedno trzeba przyznać: to jedna z bardziej niesamowitych rzeczy, jakie widziałam. Torri del Benaco Zjeżdżamy w dół i już wiemy dlaczego Włosi nie jeżdżą japońskimi sedanami. Zakręty utwierdzają kierowcę (czyli mnie) w przekonaniu, że włoskie miejskie samochody to jedyny słuszny wybór. Docieramy do Torri del Benaco i mimo że pogoda nie sprzyja i wiatr wieje, to najchętniej byśmy stamtąd nie wyjeżdżali. Bo jak można wyjechać z takiego miejsca: Malcesine Gdyby ktoś chciał wjechać kolejką na Monte Baldo, to niech najpierw zwiedzi Malcesine, a potem wjedzie. Albo odwrotnie. To dość zawikłany sposób przekazania informacji, że właśnie w Malcesine jest dolna stacja kolejki. Czas ani pogoda nie pozwoliły nam wjechać/wejść na Monte Baldo, więc zdecydowanie muszę tam wrócić! I do Malcesine, które niby jest podobne do wszystkich innych miasteczek, ale inne miasteczka nie mają uliczek brukowanych kamyczkami i potężnego zamku. Zona Traffico Limitato Tak naprawdę wschodni brzeg Gardy odwiedzamy dwa razy. Raz, kończąc objazd od zachodu i zahaczając o Malcesine, a za drugim razem jadąc do sanktuarium Madonna della Corona. Ani razu nie trafiamy do miejscowości Garda, a przez Bardolino jedynie przejeżdżamy dwa razy. Za to Bardolino dobrze zapada nam w pamięć. Nawigacja uparcie nie chce nas poprowadzić wzdłuż jeziora, kieruje nas w głąb lądu tuż obok Muzeum Oliwy (serio, jest takie coś). Za drugim razem buntujemy się, jedziemy prosto i prawie natychmiast zawracamy. Zona Traffico Limitato. Co to jest Zona Traffico Limitatio? To magiczny znak, który grozi mandatem 100 euro jeśli go zignorujemy. Niby droga prowadzi na autostradę. Znak mógł być przypadkowo obrócony. Ale 100 euro jest nam miłe, wolimy drugi raz przejechać obok Muzeum Oliwy. Strzeżcie się Zona Traffico Limitato. Znak jest na tyle mały, że łatwo go przeoczyć.

Artykuł Lago di Garda: część wschodnia pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Zachodnia część jeziora Garda zwiedzona, czas na wschodnią. Czy jest lepsza/ciekawsza/fajniejsza? Spoiler alert: jest.

Krajobraz wschodniej strony jeziora jest zupełnie inny. Droga idzie niżej, plaża i tafla jeziora są praktycznie na wyciągnięcie ręki. Jest mniej górzyście, bardziej morsko. Nie licząc oczywiście tych gór na drugim brzegu. I tych po tej stronie, ale za miasteczkami.

Niestety pogoda krzyżuje nam plany i wschodnią Gardę traktujemy trochę po macoszemu. Cóż, trzeba tam jeszcze wrócić.

Peschiera del Garda

W naszym przewodniku “Italian Lakes” Peschiery nie ma. Przeoczenie, drogie Lonely Planet. Do Peschiery trafiamy dlatego, że tuż obok jest nasz camping. Już pierwszego dnia zwiedzamy uliczki, mury obronne z fosą, której woda ma cudny kolor, kanał prawie jak w Wenecji, bramę z czasów Republiki Weneckiej i wzgórze z widokami na jezioro. Serio Lonely Planet? Nawet jednego zdania o Peschierze?

A tak przy okazji: to w Peschierze jemy najlepszą pizzę, pijemy Aperol Spritz z najlepszym stosunkiem wielkości do ceny i znajdujemy darmowy parking przy Campo Sportivo.

 

Madonna della Corona

To miejsce ma swoją własną historię. Dawno, dawno temu zobaczyłam zdjęcie kościółka przyrośniętego do góry. Pomyślałam “wow”, sprawdziłam gdzie to jest, okazało się, że nad jeziorem Garda, więc oznajmiłam: JEDZIEMY. I pojechaliśmy. Wysoko w góry, gdzie oprócz stada alpak spotkaliśmy tylko polską wycieczkę. Miało być wow, było wow. Jak stwierdził Błażej: no tak, Włochom nie chciało się czwartej ściany stawiać, to sobie kościółek do góry dobudowali. Jedno trzeba przyznać: to jedna z bardziej niesamowitych rzeczy, jakie widziałam.

Torri del Benaco

Zjeżdżamy w dół i już wiemy dlaczego Włosi nie jeżdżą japońskimi sedanami. Zakręty utwierdzają kierowcę (czyli mnie) w przekonaniu, że włoskie miejskie samochody to jedyny słuszny wybór. Docieramy do Torri del Benaco i mimo że pogoda nie sprzyja i wiatr wieje, to najchętniej byśmy stamtąd nie wyjeżdżali. Bo jak można wyjechać z takiego miejsca:

Malcesine

Gdyby ktoś chciał wjechać kolejką na Monte Baldo, to niech najpierw zwiedzi Malcesine, a potem wjedzie. Albo odwrotnie. To dość zawikłany sposób przekazania informacji, że właśnie w Malcesine jest dolna stacja kolejki. Czas ani pogoda nie pozwoliły nam wjechać/wejść na Monte Baldo, więc zdecydowanie muszę tam wrócić! I do Malcesine, które niby jest podobne do wszystkich innych miasteczek, ale inne miasteczka nie mają uliczek brukowanych kamyczkami i potężnego zamku.

Zona Traffico Limitato

Tak naprawdę wschodni brzeg Gardy odwiedzamy dwa razy. Raz, kończąc objazd od zachodu i zahaczając o Malcesine, a za drugim razem jadąc do sanktuarium Madonna della Corona. Ani razu nie trafiamy do miejscowości Garda, a przez Bardolino jedynie przejeżdżamy dwa razy. Za to Bardolino dobrze zapada nam w pamięć. Nawigacja uparcie nie chce nas poprowadzić wzdłuż jeziora, kieruje nas w głąb lądu tuż obok Muzeum Oliwy (serio, jest takie coś). Za drugim razem buntujemy się, jedziemy prosto i prawie natychmiast zawracamy. Zona Traffico Limitato.

Co to jest Zona Traffico Limitatio? To magiczny znak, który grozi mandatem 100 euro jeśli go zignorujemy. Niby droga prowadzi na autostradę. Znak mógł być przypadkowo obrócony. Ale 100 euro jest nam miłe, wolimy drugi raz przejechać obok Muzeum Oliwy. Strzeżcie się Zona Traffico Limitato. Znak jest na tyle mały, że łatwo go przeoczyć.

Artykuł Lago di Garda: część wschodnia pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda-czesc-wschodnia-east-side/feed/ 19 1796
Lago di Garda: część zachodnia http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda-czesc-zachodnia-west-side/ http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda-czesc-zachodnia-west-side/#comments Sun, 10 Jun 2018 07:40:38 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=1752 Jezioro Garda ma 55 km długości. Szerokości między 4 a 12 km. Powierzchni 370 km2. Po co ta statystyka? Po to, żeby uświadomić sobie jak duża jest Garda i jak bardzo nie da się jej zobaczyć w jeden dzień. Oto co powinniście zrobić i co ja powinnam była zrobić. Podzielcie Gardę na wschód i zachód. Zacznijmy od zachodu – bardziej popularnego i bardziej tłocznego. A czy fajniejszego, to się okaże w kolejnym odcinku. Sirmione Lagogardański klasyk, więc spodziewajcie się, że będą tam WSZYSCY. Nasze pierwsze podejście do zwiedzania Sirmione zakończyło się klęską i ucieczką “byle dalej”. Sirmione leży na półwyspie i, jak to zazwyczaj na półwyspach bywa, prowadzi do niego jedna droga. Przyjechaliśmy do Sirmione w niedzielę, jak się okazało w najgorszą z niedziel, bo oprócz naszego długiego weekendu był włoski długi weekend. Widzieliście kiedyś kilkudziesięciometrową kolejkę do parkomatu? Ja tak. Podejścia drugie i trzecie były już duuużo lepsze i wyjaśniły te niedzielne tłoki. Sirmione jest bardzo malownicze. Średniowieczny zamek na wodzie, który miał bronić portu, piękne budynki i rzymskie ruiny, które były czyjąś rezydencją. Do ruin niestety nie wchodzimy (tłumy), ale polecam nawet sam spacer po Sirmione. Nawet jeśli nie ma widoczków. Brak widoczków też może być malowniczy. Desenzano zostawiamy samochód na (darmowym) parkingu kawałek przed centrum. Bo była woda. I promenada! Wzdłuż jeziora! Aż do centrum. I w sumie można było się poczuć jak nad morzem. Promenada prowadzi nas do centrum, na plac i do portu. Ten schemat będzie się powtarzał i nie zdąży nam się znudzić. Ok, taka promenada się nie powtórzy. Desenzano przyciągało turystów już w starożytnym Rzymie – można obejrzeć rzymską daczę, Villa Romana. Roca di Manerba Nie pojechalibyśmy tam, gdyby nie moja włoska koleżanka i jej rekomendacja. I to byłby błąd. Trafiamy tam wieczorem, goni nas burza, więc nie udaje nam się obejść całego półwyspu, ale i tak jest fajnie! Kiedyś była tam świątynia Minerwy, potem średniowieczny zamek, z pozostałości którego podziwiamy jezioro, Isola del Garda i inne wysepki. Gardone Riviera Niedzielne korki dają nam jasno do zrozumienia, że wszystkiego nie da się zobaczyć. Odpuszczamy Salo, jedziemy prosto do Gardone Riviera. I to chyba nie jest zły wybór, bo Gardone Riviera wyróżnia się na tle pozostałych miasteczek. Hotele z belle epoque robią swoje. Gargnano Kolejny punkt na mapie i kolejny punkt na liście moich ulubionych. To tutaj zaczynają się opuszczone limonaie, ulice robią się ciaśniejsze a krajobraz bardziej górski. Zostawiamy auto na parkingu obok kościoła i schodzimy w dół, zupełnie nieświadomi tego, że Gargnano okaże się tak urokliwe. Nie ukrywam, mój sentyment do tego miejsca może też być związany z lodami o smaku Gargnano, które były najlepsze na świecie (lodziarnia przy porcie, obok sklepu z pamiątkami). Limone sul Garda Kolejny lagogardański klasyk, prawdopodobnie najbardziej popularna miejscowość nad jeziorem. Pełna cytryn i limonaie. Położona u stóp góry, od której kręci się w głowie. Idziemy za wszystkimi do limonaie i nawet jeśli kogoś nie interesuje hodowla cytrusów, to warto wydać te 2 euro, żeby zobaczyć takie widoczki: Riva del Garda Może to zmęczenie, może korki po drodze, może festiwal MTB w Riva del Garda, a może wszystko na raz sprawia, że jakoś nie porywa nas to miasto. Widoki spektakularne, niczym norweskie fiordy. Koniec jeziora, plaża, góry, park. Na wakacje przyjeżdżali tu Tomasz Mann i Kafka. Nie dziwię się, bo to trochę tak jak być nad morzem, ale w Alpach. Tylko te tłumy… Już sam początek naszego tour di Garda udowodnił nam, że w jeden dzień całego jeziora nie objedziemy. Jedna droga, Włosi na wakacjach, trzeba było aktualizować plany na bieżąco. Może to i dobrze, bo mam do czego wracać. Do Salo, do Gardone Riviera żeby zobaczyć Il Vittoriale degli Italiani, Strada della Forra, wejść na Monte Baldo i zobaczyć inne atrakcje, które nie są w centrach malowniczych miasteczek.

Artykuł Lago di Garda: część zachodnia pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Jezioro Garda ma 55 km długości. Szerokości między 4 a 12 km. Powierzchni 370 km2. Po co ta statystyka? Po to, żeby uświadomić sobie jak duża jest Garda i jak bardzo nie da się jej zobaczyć w jeden dzień. Oto co powinniście zrobić i co ja powinnam była zrobić. Podzielcie Gardę na wschód i zachód. Zacznijmy od zachodu – bardziej popularnego i bardziej tłocznego. A czy fajniejszego, to się okaże w kolejnym odcinku.

Sirmione

Lagogardański klasyk, więc spodziewajcie się, że będą tam WSZYSCY. Nasze pierwsze podejście do zwiedzania Sirmione zakończyło się klęską i ucieczką “byle dalej”. Sirmione leży na półwyspie i, jak to zazwyczaj na półwyspach bywa, prowadzi do niego jedna droga. Przyjechaliśmy do Sirmione w niedzielę, jak się okazało w najgorszą z niedziel, bo oprócz naszego długiego weekendu był włoski długi weekend. Widzieliście kiedyś kilkudziesięciometrową kolejkę do parkomatu? Ja tak.

Podejścia drugie i trzecie były już duuużo lepsze i wyjaśniły te niedzielne tłoki. Sirmione jest bardzo malownicze. Średniowieczny zamek na wodzie, który miał bronić portu, piękne budynki i rzymskie ruiny, które były czyjąś rezydencją. Do ruin niestety nie wchodzimy (tłumy), ale polecam nawet sam spacer po Sirmione. Nawet jeśli nie ma widoczków. Brak widoczków też może być malowniczy.

Desenzano

zostawiamy samochód na (darmowym) parkingu kawałek przed centrum. Bo była woda. I promenada! Wzdłuż jeziora! Aż do centrum. I w sumie można było się poczuć jak nad morzem. Promenada prowadzi nas do centrum, na plac i do portu. Ten schemat będzie się powtarzał i nie zdąży nam się znudzić. Ok, taka promenada się nie powtórzy. Desenzano przyciągało turystów już w starożytnym Rzymie – można obejrzeć rzymską daczę, Villa Romana.

Roca di Manerba

Nie pojechalibyśmy tam, gdyby nie moja włoska koleżanka i jej rekomendacja. I to byłby błąd. Trafiamy tam wieczorem, goni nas burza, więc nie udaje nam się obejść całego półwyspu, ale i tak jest fajnie! Kiedyś była tam świątynia Minerwy, potem średniowieczny zamek, z pozostałości którego podziwiamy jezioro, Isola del Garda i inne wysepki.

Gardone Riviera

Niedzielne korki dają nam jasno do zrozumienia, że wszystkiego nie da się zobaczyć. Odpuszczamy Salo, jedziemy prosto do Gardone Riviera. I to chyba nie jest zły wybór, bo Gardone Riviera wyróżnia się na tle pozostałych miasteczek. Hotele z belle epoque robią swoje.

Gargnano

Kolejny punkt na mapie i kolejny punkt na liście moich ulubionych. To tutaj zaczynają się opuszczone limonaie, ulice robią się ciaśniejsze a krajobraz bardziej górski. Zostawiamy auto na parkingu obok kościoła i schodzimy w dół, zupełnie nieświadomi tego, że Gargnano okaże się tak urokliwe. Nie ukrywam, mój sentyment do tego miejsca może też być związany z lodami o smaku Gargnano, które były najlepsze na świecie (lodziarnia przy porcie, obok sklepu z pamiątkami).

Limone sul Garda

Kolejny lagogardański klasyk, prawdopodobnie najbardziej popularna miejscowość nad jeziorem. Pełna cytryn i limonaie. Położona u stóp góry, od której kręci się w głowie. Idziemy za wszystkimi do limonaie i nawet jeśli kogoś nie interesuje hodowla cytrusów, to warto wydać te 2 euro, żeby zobaczyć takie widoczki:

Riva del Garda

Może to zmęczenie, może korki po drodze, może festiwal MTB w Riva del Garda, a może wszystko na raz sprawia, że jakoś nie porywa nas to miasto. Widoki spektakularne, niczym norweskie fiordy. Koniec jeziora, plaża, góry, park. Na wakacje przyjeżdżali tu Tomasz Mann i Kafka. Nie dziwię się, bo to trochę tak jak być nad morzem, ale w Alpach. Tylko te tłumy…

Już sam początek naszego tour di Garda udowodnił nam, że w jeden dzień całego jeziora nie objedziemy. Jedna droga, Włosi na wakacjach, trzeba było aktualizować plany na bieżąco. Może to i dobrze, bo mam do czego wracać. Do Salo, do Gardone Riviera żeby zobaczyć Il Vittoriale degli Italiani, Strada della Forra, wejść na Monte Baldo i zobaczyć inne atrakcje, które nie są w centrach malowniczych miasteczek.

Artykuł Lago di Garda: część zachodnia pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda-czesc-zachodnia-west-side/feed/ 21 1752
Lago di Garda http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda/ http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda/#comments Sun, 03 Jun 2018 08:21:58 +0000 http://worldwidepanda.pl/?p=1737 Pytanie: klasyczne miejsce wakacyjne? Odpowiedź: jezioro Garda. Wątpliwość: co? Dlaczego? O co chodzi? Odpowiedź: otóż chodzi o to, że wczasy nad jeziorem Garda odkryli już starożytni Rzymianie, którzy mieli tam swoje dacze. Ok, raczej nie dacze. Wille. Wypasione, na wzgórzach i z widokiem. Mieli też spa. Serio. Z resztą do dzisiaj w Sirmione można się udać na śmierdzące siarką kąpiele upiększające. A co było po starożytnych Rzymianach? Podobno święty Franciszek z Asyżu założył klasztor na Isola del Garda. Teraz jest tam prywatna willa, która raz w tygodniu jest otwarta dla zwykłych zjadaczy chleba. W Sirmione swój dom miała Maria Callas. W Salò Mussolini utworzył republikę, a potem go zamordowano (ale to już nad jeziorem Como). Gardone Riviera było kurortem w czasach belle epoque. Nad Gardę przyjeżdżali poeci, pisarze, aktorzy, politycy, słowem WSZYSCY. I nie bez powodu… W XIII wieku nad Gardę przybyli mnisi z Genui i przywieźli ze sobą cytryny. Umiarkowany klimat okazał się zaskakująco dobry do hodowli drzewek cytrynowych, a żeby było im jeszcze lepiej, zaczęto budować limonaie – takie duże szklarnie z kamieni, drewna i oczywiście szkła. Limonaie stoją do dziś, co prawda bez szkła, jedne w lepszym stanie, inne w gorszym, a w Limone sul Garda można taką cytrynową szklarnię zwiedzić za 2 euro. Polecam. Skoro już o Limone sul Garda mowa, to podobno mieszkańcy mają mutację genetyczną pewnego białka we krwi, co skutkuje zaskakująco wysokim poziomem dobrego cholesterolu, zaskakująco rzadko występującą miażdżycą i zaskakującą długowiecznością. Nie przeżyć 100 lat to wstyd. Piękne widoki, dobry klimat, długowieczność, nie za dobrze tam mają? Oprócz tłumów turystów, trzeba się liczyć jeszcze z czym. Wokół Gardy biegnie jedna droga. Nie jest to zaskakujące odkrycie, ale warto o tym pamiętać, bo w sezonie jeziora nie da się objechać w jeden dzień. Głównie stoi się w korku. W sumie stanie w korku nad Gardą nie jest takie złe… Informacje praktyczne Jak dojechać: najprościej samochodem, pamiętając o winiecie w Austrii, płatnym odcinku drogi na przełęczy Brennero (9,50 EUR)  i płatnych autostradach we Włoszech. Samolotem do Werony albo Mediolanu. Czym się poruszać: wokół jeziora najłatwiej samochodem. Istnieją autobusy, ale przyznaję, że żadnego nie widziałam. Dla wytrwałych – rower, z resztą tras rowerowych nad Gardą nie brakuje. Gdzie parkować: polecam szukać na mapach parcheggio libero – darmowych parkingów. Czasem są darmowe tylko w dni robocze, czasem wymagają dłuższego spaceru do centrum. W Peschiera del Garda darmowy parking to Campo Sportivo. Parkingi płatne to średnio 1,5 EUR za godzinę, czasem mniej, czasem więcej. Gdzie spać: z całego serca polecam campingi. Nasz Eurocamp był strzałem w dziesiątkę, mimo że nie był nad samym jeziorem, ale takie też są. Trzeba tylko odpowiednio wcześnie je zarezerwować 😉 Gdzie jeść: wszędzie. Nie trafiliśmy na ani jedno kiepskie danie. Jako szybką przekąskę w biegu polecam calzone – nie ma nic wspólnego z tym, co znamy z Polski.  

Artykuł Lago di Garda pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
Pytanie: klasyczne miejsce wakacyjne? Odpowiedź: jezioro Garda. Wątpliwość: co? Dlaczego? O co chodzi? Odpowiedź: otóż chodzi o to, że wczasy nad jeziorem Garda odkryli już starożytni Rzymianie, którzy mieli tam swoje dacze. Ok, raczej nie dacze. Wille. Wypasione, na wzgórzach i z widokiem. Mieli też spa. Serio. Z resztą do dzisiaj w Sirmione można się udać na śmierdzące siarką kąpiele upiększające.

A co było po starożytnych Rzymianach? Podobno święty Franciszek z Asyżu założył klasztor na Isola del Garda. Teraz jest tam prywatna willa, która raz w tygodniu jest otwarta dla zwykłych zjadaczy chleba. W Sirmione swój dom miała Maria Callas. W Salò Mussolini utworzył republikę, a potem go zamordowano (ale to już nad jeziorem Como). Gardone Riviera było kurortem w czasach belle epoque. Nad Gardę przyjeżdżali poeci, pisarze, aktorzy, politycy, słowem WSZYSCY. I nie bez powodu…

W XIII wieku nad Gardę przybyli mnisi z Genui i przywieźli ze sobą cytryny. Umiarkowany klimat okazał się zaskakująco dobry do hodowli drzewek cytrynowych, a żeby było im jeszcze lepiej, zaczęto budować limonaie – takie duże szklarnie z kamieni, drewna i oczywiście szkła. Limonaie stoją do dziś, co prawda bez szkła, jedne w lepszym stanie, inne w gorszym, a w Limone sul Garda można taką cytrynową szklarnię zwiedzić za 2 euro. Polecam.

Skoro już o Limone sul Garda mowa, to podobno mieszkańcy mają mutację genetyczną pewnego białka we krwi, co skutkuje zaskakująco wysokim poziomem dobrego cholesterolu, zaskakująco rzadko występującą miażdżycą i zaskakującą długowiecznością. Nie przeżyć 100 lat to wstyd.

Piękne widoki, dobry klimat, długowieczność, nie za dobrze tam mają? Oprócz tłumów turystów, trzeba się liczyć jeszcze z czym. Wokół Gardy biegnie jedna droga. Nie jest to zaskakujące odkrycie, ale warto o tym pamiętać, bo w sezonie jeziora nie da się objechać w jeden dzień. Głównie stoi się w korku. W sumie stanie w korku nad Gardą nie jest takie złe…

Informacje praktyczne

Jak dojechać: najprościej samochodem, pamiętając o winiecie w Austrii, płatnym odcinku drogi na przełęczy Brennero (9,50 EUR)  i płatnych autostradach we Włoszech. Samolotem do Werony albo Mediolanu.

Czym się poruszać: wokół jeziora najłatwiej samochodem. Istnieją autobusy, ale przyznaję, że żadnego nie widziałam. Dla wytrwałych – rower, z resztą tras rowerowych nad Gardą nie brakuje.

Gdzie parkować: polecam szukać na mapach parcheggio libero – darmowych parkingów. Czasem są darmowe tylko w dni robocze, czasem wymagają dłuższego spaceru do centrum. W Peschiera del Garda darmowy parking to Campo Sportivo. Parkingi płatne to średnio 1,5 EUR za godzinę, czasem mniej, czasem więcej.

Gdzie spać: z całego serca polecam campingi. Nasz Eurocamp był strzałem w dziesiątkę, mimo że nie był nad samym jeziorem, ale takie też są. Trzeba tylko odpowiednio wcześnie je zarezerwować 😉

Gdzie jeść: wszędzie. Nie trafiliśmy na ani jedno kiepskie danie. Jako szybką przekąskę w biegu polecam calzone – nie ma nic wspólnego z tym, co znamy z Polski.

 

Artykuł Lago di Garda pochodzi z serwisu Worldwide Panda.

]]>
http://worldwidepanda.pl/lago-di-garda/feed/ 12 1737