Australia

Melbourne w 2 dni – co i dlaczego warto zobaczyć

Melbourne – moje największe zaskoczenie. Nie kojarzyło mi się z niczym, oprócz tenisa. Sydney – wiadomo. Adelaide – byłam 15 lat wcześniej, wiedziałam czego się spodziewać. Ale Melbourne? Szybka konsultacja z Googlem: rzeka i wieżowce. Ok. Co ja tam będę robić przez kilka dni? Błąd, błąd, błąd.

Australia dobitnie mnie nauczyła, że najważniejsze jest nastawienie. Nie nastawiaj się na nic, a będzie super. Wobec Melbourne nie miałam żadnych, absolutnie żadnych oczekiwań. Teraz już wiem, że jest to jedno z moich ulubionych miast na świecie i jeśli miałabym mieszkać w Australii, to właśnie tam.

Po co jechać do Melbourne? Po wszystko. Co zobaczyć w Melbourne? Wszystko. To co? Idziemy na spacer?

Instrukcja spaceru:

  1. Znajdź hotel blisko centrum (polecam City Edge North Melbourne)
  2. Wyjdź z hotelu.
  3. Idź przed siebie.
  4. Po zmroku wróć do hotelu.

 

A teraz spacer w wersji rozszerzonej.

Dzień 1

Startujemy z Queen Victoria Market. Nie jestem fanką targów, ale ten jest inny. Jest piękny! Siedem hektarów wszystkiego w pięknej, dziewiętnastowiecznej architekturze. Warzywa, owoce, pamiątki, ciuchy, wszystko z merynosa, mięso, ryby, stare samochody, a do tego kawiarenki, restauracyjki i może koncercik rock’n’rolla do tego? I tańczący starsi państwo? Biorę wszystko!DSC_0379

DSC_0390Obowiązkowo: zakup pamiątek maści wszelkiej. Duży wybór i dobre ceny. Niech nikt nikomu kitu nie wciska, że w Sydney będą lepsze. Nie będą.

Koszt: ile wydasz, tyle będzie

Obieramy kurs na State Library of Victoria. Po drodze zadzieramy głowy do góry, bo architektura Melbourne jest niesamowita. Nie ma dwóch takich samych budynków, wieżowce nie są po prostu stalą i szkłem. Ba, czasem jeden budynek nie ma dwóch takich samych ścian. Każdy ma w sobie to coś, jakiś smaczek. Do tego stare niskie zabudowania i mamy taki australijski Manhattan. Miłość.

Mijamy publiczne łaźnie i docieramy na miejsce. Chwila… Po co zwiedzać bibliotekę? Ano po to:

DSC_0579
Obowiązkowo: wejść jak najwyżej się da i podziwiać widok na czytelnię. Dobra opcja na kiepską pogodę, bo korytarze są pełne całkiem ciekawych wystaw.

Koszt: za darmo

Idziemy dalej. Ciągle prosto i mamy trzy atrakcje na raz. Hosier Lane – efekt kreatywności niepokornych dusz. Dla jednych pomazane ściany, dla innych kultowe miejsce ze sztuką prawie najwyższą. Alejka i jej odnogi udekorowane graffiti aż po dach, ze śmietnikami włącznie.

DSC_0462

DSC_0455

Obowiązkowo: wejść w odnogi Hosier Lane i na chwilę zrezygnować ze zmysłu węchu.

Koszt: za darmo
Druga atrakcja – Flinders Street Station – Melbourne jak na pocztówce. Lokalny dworzec główny, o charakterystycznej architekturze. Całkiem przyjemny.

DSC_0441
Zabudowa Federation Square i Flinders Street Station. Robione gdzieś z okolicy Hosier Lane

Pomiędzy Hosier Lane i Flinders Street Station mamy największą (dosłownie) atrakcję tej części miasta – Federation Square. Przyczynek do debaty o pięknie i istocie rzeczy, początkowo dzielący mieszkańców Melbourne, teraz już powszechnie akceptowany. Skoro jest, niech już będzie. Główny plac spotkań otoczony z jednej strony galeriami (sztuki, żeby nie było), z drugiej dworcem, z trzeciej rzeką, a z czwartej resztą Melbourne. I tak się go nie ominie, a warto wyrobić sobie własne zdanie. Ja jestem na tak.

2016-03-06 13.40.57.JPG

Obowiązkowo: usiąść na schodkach i ponapawać się piękną pogodą. Można też wejść do centrum informacji turystycznej po mapki i inne bajery.

Koszt: za darmo, muzea/galerie po kilkanaście AUD za sztukę.

 

Z Federation Square schodzimy w dół, nad rzekę Yarra. Lubię miasta nad rzekami i rzeki w miastach. Idziemy w lewo i mamy parki, spokój, przyrodę. Potem zawracamy i idziemy w prawo, a tam: mosty i kładki maści wszelkiej (każdy z innej bajki), promenady, restauracje, replikę żaglowca. Idziemy tak aż do końca, zahaczając o Crown – taki Dubaj w Melbourne, luksusowy przybytek z kasynem, prestiżem spływającym ze ścian i drogimi samochodami zaparkowanymi przed wejściem.DSC_0485DSC_0513DSC_0566

2016-03-06 20.01.20.JPG
Prestiż kapiący w The Crown

Mam wrażenie, że Melbourne jest miastem, w którym życie toczy się nad rzeką. Komuś, kto wymyślił, że jedna część będzie rekreacyjna, a druga konsupcyjna, należy się order, puchar, sława i chwała. Bo to po prostu działa i jest genialne.DSC_0505

Obowiązkowo: odpoczywamy idąc w lewo, nastawiamy się na tłumy idąc w prawo, ale żadnej ze stron nie pomijamy.

Koszt: za darmo.

Możemy jeszcze wstąpić do Fitzroy Gardens na kawę pod domkiem kapitana Cooka (o czym wspomniałam w poprzednim poście), przejść się ulicami Central Business District i kończymy na dziś.

 

Dzień 2

Kontynuujemy spacer, tym razem tramwajem. Zaczynamy od Shrine of Remembrance. Hurra patriotyzm jest mi obcy w każdej formie, ale ten zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Świątynia Pamięci dedykowana żołnierzom, którzy zginęli podczas obu wojen światowych i nie tylko. Budynek monumentalny z zewnątrz, skromny w środku. Jeden z ciekawszych i najlepszych tego typu pomników jakie widziałam.Warto zwrócić uwagę na napis w podłodze i dziurę w suficie nad nim. Legenda głosi, że w pewnym momencie dnia promienie słoneczne padają prosto na słowo “love”. Nie sprawdziłam, pochmurno było. Dla chętnych darmowe muzeum w przyziemiu.

DSC_0586

2016-03-07 12.03.33.JPG
Rolę światła słonecznego przejęta przez lampę.

Obowiązkowo: stojąc przed wejściem, warto obrócić się, popatrzeć na panoramę miasta i… zobaczyć twarz na budynku. To William Barak – ostatni starszy lokalnego plemienia aborygenów, który przy okazji był artystą.

DSC_0414
Twarz Williama Baraka na zdjęciu zrobionym koło łaźni. Wtedy nie zauważyłam, że tam jest.

Koszt: za darmo

 

Wychodzimy ze Shrine of Remembrance i przechodzimy obok, do Royal Botanical Garden. Ogromny i przepiękny ogród botaniczny. Światowa czołówka parków i ogrodów. Grzech odpuścić.DSC_0625

 

Obowiązkowo: przyjść z pieskiem, bo można.

Koszt: za darmo

 

Skoro już przeszliśmy 38 hektarów, czas powrócić do wersji tramwajowej spaceru. Jedziemy do St. Kilda, aż na samą plażę i na molo. Cóż, kolekcjonuję mola. Piękny widok na miasto, sama plaża OK, ale lokalni nie polecają kąpieli.

DSC_0635DSC_0638

Obowiązkowo: trafić na pana regularnie dokarmiającego szczura na molo. Pan nawet był w lokalnych wiadomościach. Gwiazda!

Koszt: cena biletu tramwajowego

Potem wracamy do CBD i wsiadamy w stary, brązowy tramwaj. Tramwaj wiezie nas przez godzinę dookoła centrum i opowiada nam o tym, co w sumie już zobaczyliśmy i o paru innych miejscach. Za darmo. Potem wysiadamy i znowu szwędamy się po ulicach zadzierając głowę i podziwiając architekturę. To naprawdę grzech jej nie docenić.

Na tym kończymy dwudniowy spacer po Melbourne. Jaki z tego wniosek? Melbourne można zwiedzić praktycznie za darmo, a podróże tramwajem skumulować jednego dnia i wtedy możemy kupić tylko jednodniowy bilet. Większość atrakcji w CBD jest na tyle blisko, że bez problemu można przejść z jednej do drugiej, a jeśli ktoś nie lubi chodzić, to może podjechać tramwajem za darmo w ramach Free Tram Zone.DSC_0933

O Melbourne mogłabym tak w nieskończoność. Jeżeli ktoś wybiera się do Australii i nie zawarł w swoich planach Melbourne, to lepiej niech to zrobi, bo się pogniewamy. I niech dorzuci coś, czego nie udało mi się zrobić:

Eureka Tower – punkt widokowy w najwyższym wieżowcu w mieście. Pogoda mi nie dopisała i bardzo tego żałuję.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: