Ameryki,  Meksyk

Isla Holbox – raj flamingów

Tropical the island breeze. All of nature wild and free. This is where I long to be. La isla… Holbox

Co prawda Madonna śpiewała o San Pedro w Belize, nie o Holbox, ale z Belize do Meksyku daleko nie jest. Na potrzeby chwili uznajmy, że Madonnie chodziło o Isla Holbox.

Wyspa Holbox – że jaka?

Zacznijmy od początku, od wymowy. Nazwy na Jukatanie (o półwysep mi chodzi, Isla Holbox jest w stanie Quintana Roo) pochodzą z języka majańskiego, który zdecydowanie nie brzmi hiszpańsko. Holbox czyta się holbosz. Brzmi zupełnie tak, jakby Majowie mieszkali w Holandii. W Holandii jest miasto ’s-Hertogenbosch. Holendrem był Hieronim Bosch. Dobra, koniec tych sucharów o nazwach zaczynających się na H i kończących na sz.

Po co ten Holbox?

Nie pozjadałam (jeszcze) wszystkich rozumów i nie byłam we wszystkich miejscach na świecie. Zdecydowanie nie byłam w miejscu takim jak Isla Holbox. O co chodzi? Kilka faktów:

  • Holbox widać z lądu i można tam szybko dopłynąć promem
  • Większość wyspy to rezerwat ptaków
  • Oprócz ptaków jest tam jedno miasteczko
  • Na wyspie nie ma ruchu samochodów. Jedynym środkiem transportu są melexy i skutery. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że są to… spalinowe melexy. Kurtyna.
  • Drogi w miasteczku nie są utwardzone. Chodniki na szczęście są. W większości.
  • Piasek na Holboxie jest tak miałki, że w kontakcie z wodą zamienia się w glinę. Deszcz + nieutwardzona nawierzchnia = kałuże na długo.
  • Holbox jest świetnym miejscem do oglądania flamingów, pelikanów i innego ptactwa. Nie dziwię im się, że takie miejsce wybrały.

 

Holbox jest pierwszym punktem naszej objazdówki po Jukatanie i jest to Meksyk jak z obrazka. 3 dni upływają nam między oglądaniem flamingów na Punta Cocos, oglądaniem flamingów na Playa Mosquito, jedzeniem dobrych rzeczy i przysmażaniem się na plaży. Ale po kolei. Oto dwie fajne miejscówki na wyspie Holbox:

Punta Cocos

Bierzemy rowery i jedziemy oglądać flamingi. Brzmi super, ale nie przewidzieliśmy jednego. Jak na Holboxie popada, to jest popadane dłuuugo. Deszcz lał kilka dni przed naszym przyjazdem, ale skutecznie zalał wiele dróg przez wyspę. Trasa, która powinna zająć nam rowerem 10 min, zajęła… godzinę. Po godzinie kluczenia poddałam się i pogodziłam się z myślą, że jednak muszę brodzić w tych mętnych kałużach. Jak flaming. Nie było źle. W sumie wszystko jest lepsze od komarów, które żarły nas nawet przez ubranie.

Cierpienia zostały wynagrodzone i to jak. Punta Cocos to jedna z piękniejszych plaż, jakie widziałam. Lazurowa woda, ludzi niewiele, flamingów więcej i hamaczki. Ktoś, kto wymyślił hamaki w morzu był geniuszem. Słońce grzeje w brzuszek, a nogi się chłodzą. Doskonałe.

Wskazówka: kupcie teleobiektyw. Naprawdę.

Punta Mosquito – Playa de los Flamengo

Na jedne flamingi pojechaliśmy rowerem, a żeby dotrzeć do drugich musieliśmy przejść przez morze.

Punta Mosquito jest zdecydowanie dalej od miasteczka i najłatwiej dostać się tam ze zorganizowaną wycieczką. My poszliśmy na żywioł, pieszo do Playa de los Flamengo. Klasyczna trasa prowadzi mielizną przez morze i trzeba się załapać na odpływ, czyli wrócić przed 13:00. Akurat w dzień naszego spaceru dość mocno wiało, więc postanowiliśmy znaleźć alternatywną trasę. W skrócie: idziesz drogą tak długo, jak się da, potem ścieżką przez zarośla, wzdłuż plaży, a potem spotykasz Ekwadorczyków, którzy potwierdzają, że dalej to po skosie przez morze. Wody jest mniej więcej do tyłka, oczywiście w zależności od wzrostu turysty.

Wracaliśmy mielizną, po ludzkiej autostradzie i muszę przyznać, że było super. Ale też męcząco, bo jednak jest to kawał drogi w wodzie pod kolana.

Wskazówka: kupcie teleobiektyw. I nieprzemakalny worek na rzeczy. To akurat mam.

Co jeszcze jest na Holboxie?

Flamingi obejrzane z każdej strony, czas na inne atrakcje. Na Holboxie ich nie brakuje. To jedno z miejsc, gdzie można zobaczyć zjawisko bioluminescencji. Akurat z tej atrakcji nie skorzystaliśmy, ale warto wiedzieć, że taka jest.

Po rowerach i brodzeniu w wodzie czas na plażing. Akurat plaże na Holboxie nie są AŻ TAK rajskie. Przynajmniej nie te blisko miasteczka. Ale i tak piasek jest biały, woda turkusowa, a słońce praży. Czego chcieć więcej? Na pewno tego, żeby nie przypłynęły glony. Sargassum (po polsku gronorosty, morzypła albo sargasy) są plagą meksykańskich plaż i podobno niejednemu wczasowiczowi zepsuły urlop. Podnosząca się temperatura oceanu sprzyja namnażaniu się glonów, które trafiają na plaże w potwornych ilościach, leżą i śmierdzą. Hotele starają się je grabić, ale w najgorszych momentach to walka z wiatrakami. My mieliśmy dużo szczęścia – glony nas ominęły. Albo my ominęliśmy glony.

Isla Holbox – Informacje praktyczne

Czas na garść wskazówek dla tych, którzy chcieliby odwiedzić Holbox.

Prom Chiquila – Holbox kosztuje 150 MXN w jedną stronę. Promy są dwa, pływają często. Można kupić od razu bilet w dwie strony.

Auto można zostawić na parkingu za 50 MXN za noc.

Do Chiquila można też się dostać autobusem ADO albo private shuttle z Cancun.

Droga Cancun – Chiquila nie jest wybitnie dobra, a im bliżej brzegu tym gorzej. Polecam jechać wolno i uważać na dziury.

Internet głosi, że na Holbox nie ma bankomatów. Są.

Holbox – gdzie zjeść?

Holbox był zdecydowanie jednym z lepszych punktów jedzeniowych na Jukatanie. Oto kilka cudowności, które trafiły do naszych żołądków:

  • Ceviches la Chingada – surowa ryba marynowana w soku z limonki. Brzmi dziwnie, jest super. To w niepozornej knajpce Ceviches la Chingada (uwaga na nisko latające dachy) było pyszne, ale dla mnie zdecydowanie za ostre. Jednak polecam na spróbowanie, zwłaszcza w towarzystwie miłośnika jedzenia wypalającego trzewia, który może dokończyć za nas
  • El Sushi de Holbox – sushi owinięte smażonym bananem. Czy muszę coś dodawać? Może to, że mają świetną Caipirinhę.
  • Taco Queto – tacos i burrito za nieduże pieniądze
  • Las Empa Holbox – pyyyyszne empanadas za 30 MXN. Jak będą z ziemniakiem, bierzcie z ziemniakiem

Warto pamiętać o napiwkach. Większość restauracji automatycznie dolicza 15% do rachunku. Jedna z knajp na Holboxie doliczyła nam 15% nawet do samych drinków.

Gdzie spać?

Wyjazd na Jukatan był naszą podróżą poślubną, więc pozwoliliśmy sobie na większe szaleństwo noclegowe niż zwykle. Na Isla Holbox padło na Hotel El Pueblito i to była świetna decyzja! W samym centrum miasteczka, więc blisko do jedzenia i po sąsiedzku od El Sushi de Holbox. Piękne patio z basenem, bardzo ładne pokoje i co najważniejsze: PRZE-PY-SZNE śniadanie. Polecam Chilaquiles. Pół dnia byłam najedzona.

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: