Są takie miejsca, w które można dojechać tylko samochodem. A jeśli nie lubi się ruchu lewostronnego, to nie dojedzie się wcale. Wtedy trzeba się uśmiechnąć do starych, dobrych wycieczek zorganizowanych i jest to najlepszy sposób, żeby odbyć najpiękniejszą wycieczkę świata. Do 12 Apostołów i przez Great Ocean Road.
Słowniczek Pojęć:
12 Apostołów – wapienne kolumny stojące w morzu tuż przy brzegu. Początkowo nazwane Maciora i Prosiaczki, ale się nie sprzedawało, więc uznano, że lepiej uderzyć w religijną nutę. Skoro religijnie i więcej niż 3, no to apostołowie. Apostołowie chodzą tuzinami, więc 12. Mimo że skał wcale 12 nie ma.
Great Ocean Road – droga łącząca miejscowości nad wybrzeżem, od Torquay do Warrnambool. Gdy po I wojnie światowej australijscy żołnierze wrócili do domów (a ponad 60% nie wróciło), trzeba było im znaleźć zajęcie. Kiepska sprawa w panującym wówczas kryzysie. Jednak potrzeba matką wynalazków i wielu zajęć, więc powiedziano żołnierzom, że mają wybudować drogę, która połączy miejscowości nad oceanem. W ramach motywacji mieli ją budować ku czci swoich poległych kolegów i tak postwał największy, bo liczący ponad 240 km długości, pomnik wojenny na świecie. Budowali 16 lat i wybudowali. Efekt? No cóż. Jest pięknie.
Wyjeżdżamy wcześnie, oprócz nas w busie około 20 osób narodowości wszelakiej. Przyjęta taktyka: przemieszczamy się jak najszybciej drogami w głębi lądu do 12 Apostołów tak, żeby być tam przed tłumami, które jadą tam przez Great Ocean Road. Udaje się. Parking pustawy, centrum informacji turystycznej stoi jak przy każdej szanującej się atrakcji w Australii. Idziemy w stronę klifu. Stajemy na skraju kontynentu. Jest 12 Apostołów (i nie wyglądają ani na apostołów ani na wieprzki). Wow. Jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek widziałam. Kolejny dowód na to, że nie ma znaczenia co pięknego i niesamowitego stworzy człowiek, bo to i tak natura zawsze wygra w kategorii “najbardziej zapierające dech w piersiach” oraz “najbardziej zjawiskowe”. Zachwyty są, zdjęcia zrobione, jedziemy dalej.

Kilkanaście minut drogi od 12 Apostołów: Loch Ard Gorge. London Arch (który nazwał się London Bridge, ale odkąd kawałek łączący go ze stałym lądem wziął i się zawalił, pozostał sam Arch). Gibson Steps (z wykutymi w skale stopniami). Są zachwyty? Są.
Czas na obiad. Dojeżdżamy na Cape Otway, do najstarszej (1848) latarni morskiej w Australii. Znowu skaliście, znowu klify. Całe to wybrzeże znane jest jako Shipwreck Coast, Wybrzeże Wraków. Wystarczy spojrzeć z latarni morskiej w dół, na fale rozbijające się o skalisty brzeg, żeby nabrało to sensu. Jemy tradycyjny australijski obiad pod latarnią morską – kiełbasa z grilla. Zaczyna padać. Jak to jest, że wszyscy na wycieczce mają kurtki przeciwdeszczowe, a moja wisi na krześle w hotelu w Melbourne? Deszcz zamienia się w ulewę, jedziemy dalej, ulewa zamienia się z powrotem w słoneczny dzień.
Zjeżdżamy z głównej drogi. Po lewej, prawej i na wprost eukaliptusowy las. Wysiadamy i idziemy przed siebie. 1, 2, 3, 4, 5…liczymy koale na drzewach. Przeszliśmy może 200 metrów, doliczyliśmy do prawie 10 koali. Są trochę jak jemioła. Urocze, ale szkodniki. Ich zamiłowanie do młodych pędów sprawia, że potrafią zjeść eukaliptusa na śmierć. I następnego też. I tego obok. I tak wyżerają kawałek lasu, aż człowieki się irytują, biorą koale pod pachy i przenoszą tam, gdzie jest mniej koali na eukaliptusy kwadratowe.
Koale policzone, jedziemy dalej i podziwiamy widoki. Wjeżdżamy na Great Ocean Road i wchodzimy na Everest zachwytów. Wjeżdżamy do zatoki, wyjeżdżamy z zatoki, za zakrętem wjeżdżamy do zatoki, wyjeżdżamy z zatoki, za zakrętem wjeżdżamy do zatoki. Jedna za drugą, od jednej miejscowości do drugiej, Skały, plaże, surferzy. Widoczek, zdjęcie, widoczek, zdjęcie.
Dojeżdżamy do Lorne. Widoki jak przed Lorne i jak za Lorne, ale co innego jest tu istotne. W Lorne jest molo. A 1200m w linii prostej pociągniętej po wodzie jest pub. No i co z tego? Ano to, że tamtejszym ratownikom z Lorne Surf Life Saving Club bardzo się nudziło w latach 70tych i rzucili sobie wyzwanie kto pierwszy dopłynie z mola do knajpy na piwo. W 1981 po piwo popłynęło z nimi 100 osób. A teraz co roku w wyścigu o wdzięcznej nazwie Pier to Pub płynie ponad 4000 osób.
Jedziemy dalej. Więcej zatoczek, więcej widoczków, więcej zachwytów. Aż w końcu wieczorem dojeżdżamy do Melbourne.
Great Ocean Road & 12 Apostles – informacje praktyczne
Wycieczka zorganizowana jest zdecydowanie najlepszą opcją wartą swojej ceny. Jak wybrać biuro? Ja wybrałam właśnie po wspomnianej cenie, która zaczyna się od 100 AUD od osoby. Wszystko zależy od programu i od tego, czy chcemy być przy 12 Apostołach rano, czy na zachód słońca (wiadomo, drożej). Żeby ominąć płacenie kartą i zbyt wiele przewalutowań, warto sposobem naszych pradziadów udać się do biura osobiście. Mój wybór padł na Otway Discoveries, które miało dość standardowy program, a od innych różnił się tym, że był o prawie 100 AUD tańszy. W cenie przejazd, przewodnik, obiad, kawa, ciasteczka. Zero dodatkowych kosztów.
Po drodze jest dużo atrakcji i wrażeń, więc warto szybko przebierać nogami. Wygodne buty mile widziane. Wycieczka trwa cały dzień, a i tak trzeba się sprężać. 500 km trasy robi swoje.
Warto przewidzieć deszcz/burzę nawet w piękny i upalny marcowy dzień, gdy w Melbourne jest 38 stopni.
I najważniejsza rada na sam koniec: mam wrażenie, że Australijczycy nie do końca rozumieją fenomen 12 Apostołów i Great Ocean Road. Spotkałam się z podejściem “no spoko, ponoć tam ładnie”. Ewentualnie mogą próbować przekonywać, że 12 Apostołów się rozpada (fakt, coś się zawaliło w 2005) i że pewnie zostało ich ze trzech. Nie dajcie się zbyć. Owszem, wapień nie jest najtrwalszą skałą świata i erozja i wietrzna i wodna robi swoje, ale trochę to jednak trwa… Tak czy inaczej, nie dajcie się zbyć ani zniechęcić. Great Ocean Road i 12 Apostołów to najpiękniejsza wycieczka świata. Koniec i kropka.