Uncategorized

Najważniejsza podróż – wesele z motywem podróży

Zamiłowanie do podróży odziedziczyłam po mamie. Mama za młodu zwiedzała Europę z namiotem. Trochę później ciągała mnie po górach przekupując gorącą czekoladą, ubierała w ciepłe kurtki nad Bałtykiem w lipcu i zabrała na koniec świata przed epoką internetu. Mały Błażej wyciągał Tatę z kościoła na parking żeby oglądać samochody. Mama kiedyś kupiła mi na pocieszenie pluszową pandę.

Teraz oboje polujemy na tanie loty, ja z przyjemnością oglądam Top Geara, a Błażej jakoś żyje z moimi pandami w formie wszelkiej. Dość oczywiste było dla nas, że na naszym weselu musi być:

– coś podróżniczego

– coś motoryzacyjnego

– coś pandowego.

Tylko jak to niby połączyć?

Coś motoryzacyjnego

Pomysł przyszedł szybko, wykonanie trwało dłużej. No bo jak wybrać ten jeden jedyny model samochodu na obrączki? Proces decyzyjny trwał prawie tak samo długo jak moje wybieranie sukienki. Zgodnie uznaliśmy, że auto musi być retro, trochę obłe, włoskie i czerwone. Autem do ślubu nie jechaliśmy, ale Maserati przywiozło nam obrączki. Rękami świadka. Maserati na miarę naszych możliwości.

Samochodzik na obrączki był jednym z naszych pierwszych ślubnych zakupów. Podobnie jak spinki do mankietów – też czerwone. Szybsze.

Coś pandowego

Przyznaję, tu byliśmy odtwórczy. Nic nie zrobiłoby takiego szału, jak mąż mojej świadkowej podpisujący własny akt małżeństwa długopisem dinozaurem. Ku zaskoczeniu własnej żony. Długopis z pandą był mniej spektakularny, ale był!

Coś podróżniczego

Dochodzimy do sedna. Motyw podróżniczy. Nie wiem, czy to trafna nazwa, raczej powinien być motyw globusowy. Przekopywałam Pinteresta długo i zawzięcie i z motywem podróżniczym miałam problem. To wszystko było takie bardzo retro. A ja bym wolała nowoczesne. Cóż, musiałam się pogodzić z retro. Nie chcieliśmy przegiąć i zarzucić wszystkich motywem przewodnim. Chcieliśmy przede wszystkim, żeby było po naszemu.

Zaproszenia

Zaproszenia zrobiliśmy sami, wykorzystując zdjęcie palmy, które zrobiłam siedząc w kawiarni na Langkawi. Jak widać, warto robić zdjęcia pozornie bez sensu 😉

Nazwy stołów

Stołów dla gości mieliśmy tylko 3, więc mogliśmy poszaleć z nazwami. Padło na kraje, które odwiedziliśmy przez 3 ostatnie lata: Tajlandia, Wietnam, Malezja. Nasi usługodawcy wylądowali przy stole nawiązującym do naszych pierwszych wspólnych wakacji: Zjednoczone Emiraty Artystyczne. A my sami przy tym, co dopiero nas czeka: Niezły Meksyk!

Poszukiwania złotych ramek zaczęłam i skończyłam w Pepco. Ramka za 3,50 zł miała w środku kartkę z zielonym liściem łudząco podobnym do tego, na naszym zaproszeniu. Wystarczyło napisać nazwę złotym flamastrem i gotowe. Tanio i dobrze.

Księga gości z globusa

To była pinterestowa miłość od pierwszego wejrzenia! Podpisy zbierane na księdze gości. Problem był jeden: pinterestowe globusy są pastelowe. Klasyczne globusy nie. Było ryzyko porażki i nieczytelnych bazgrołów. Poszukiwania online i offline niewiele dawały. Globusy są potwornie drogie. W końcu zapadła decyzja: zróbmy to sami. Zrobiliśmy. A teraz szybki tutorial:

Lista zakupów:

  1. Duży i tani globus. Globus nieba jest paskudny, ale kosztował 27 zł i jego uroda nie miała znaczenia.
  2. Złoty spray – do kupienia nawet w markecie budowlanym
  3. Farba kredowa (pro tip od koleżanki Magdy: farba kredowa nadaje się do praktycznie każdej powierzchni)
  4. Złoty marker z farbą akrylową
  5. Mały wałek
  6. Taśma malarska

Jak zrobić księgę gości z globusa:

  1. Oklej globus malarską (albo i nie, ale my okleiliśmy)
  2. Pokryj stojak CIENKĄ WARSTWĄ spray’u i poczekaj aż wyschnie
  3. Pokryj stojak jeszcze raz CIENKĄ WARSTWĄ spray’u i poczekaj aż wyschnie
  4. Zdejmij taśmę
  5. Pomaluj kulę cienką warstwą farby kredowej i poczekaj aż wyschnie
  6. Powtórz do uzyskania pełnego krycia

Kluczem do sukcesu są cienkie warstwy, inaczej spray może zacząć odpadać. Po farbie kredowej dobrze pisze marker z farbą akrylową, ale trzeba z nim uważać. Potrzebuje kilku sekund zanim wyschnie. My ostrzegliśmy gości instrukcją w ramce i żaden podpis się nie rozmazał.

Podróżnicze dekoracje na stołach

Motyw podróżniczy niespodziewanie stał się motywem globusowym. Zaczęło się od mojego ukochanego globusa, który na co dzień stoi w salonie. Obok niego stoi drugi mniejszy. A potem sytuacja eskalowała… Nasza florystka zasugerowała, żeby poszukać globusów w Action i to był bardzo niebezpieczny pomysł… Nie wiem czemu mielibyście szukać globusów, ale gdybyście chcieli, to właśnie tam znaleźliśmy ładne i duże globusy za niewiele ponad 30 zł. Potem doszły dwa mniejsze, bo były bardzo ładne. I dużo małych, bo były po 5 zł. Tym sposobem mamy wielki karton z globusami. Ale było warto!

Mapa świata i inne bajery

To nie było planowane. Wpadliśmy w szał okazyjnych podróżniczych zakupów w Action i trafiliśmy na mapę świata na tablicy korkowej. Pomysł przyszedł 13 sekund później: dokąd powinniśmy pojechać? Pinezki + złoty spray (cienkie warstwy!) + instrukcja w ramce. Byłam przekonana, że większość gości wbije pinezkę w ocean. Nie wiem, czy jestem zaskoczona, czy rozczarowana, ale do oceanów trafiły tylko 3 pinezki. Za to pojawiła się Lizbona. I Grójec.

Motyw mapy znalazł się też na obrazku z napisem “and so the adventure begins”. Obrazek kosztował 8 zł, ciężko było obok niego przejść obojętnie. Podobnie jak obok skarpetek w palmy i kokosy, w których Błażej szedł do ślubu.

Dopóki nie spisałam tego wszystkiego, nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile tych podróżniczych i nie tylko bajerów było. Cóż, zostałam królową promocji i okazyjnych globusów. A co z nimi teraz zrobię, to już inna kwestia.

Piękne zdjęcia w tym wpisie są autorstwa Martyny Antczak. Zdjęcie zaproszeń i globusa na tle ściany są niestety mojego autorstwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *