Azja,  Malezja

Penang – dookoła świata w George Town

Samolot ląduje na wyspie Penang, a ja zastanawiam się, czy to aby na pewno Azja Południowo-Wschodnia. Ta wątpliwość będzie mi towarzyszyła przez kilka najbliższych dni w George Town.

view from a plane

Kierowca Graba, południowoazjatyckiego Ubera, co chwilę powtarza “Welcome to Malaysia”. I to nie dlatego, że na tym kończy się jego słownik. Po prostu jest miły (swoją drogą, w oryginale napisałam “chce być miły” i po chwili namysłu zamieniłam to na “jest”. Malezyjczycy nie chcą być mili. Oni po prostu są mili).

O tym, że jesteśmy w Azji na pewno świadczy rzucający się w oczy brak miejscowego planu zagospodarowania przestrzeni. Trochę to wygląda tak, jakby ktoś wziął w garść kilkudziesięciopiętrowe bloki, podrzucił do góry i zostawił tam gdzie spadły. Mimo to, bloki nie przytłaczają. Całe George Town jest podejrzanie przestrzenne jak na Azję. Tylko trochę chaotyczne, nie tak bardzo zatłoczone, da się w nim chodzić, da się w nim oddychać. Po prostu zachwyt od pierwszych chwil.

George Town Chew Jetty

George Town jest tak fascynujące, że nie mam pojęcia jak się zabrać do opisania go. Mówią, że najlepiej od początku. Spróbujmy. Pod koniec XVIII wieku Kompania Wschodnioindyjska zrobiła na Penang port przerzutowy. Mamy więc Brytyjczyków. Ale nie tylko oni zorientowali się, że to niezły punkt handlowy. Na Penang przystawali też Chińczycy i Hindusi. Z czasem na coraz dłużej. Podobnie jak Malajowie, Tajowie i kilka innych nacji. Robi się ciekawie? W międzyczasie wyspa stała się przyprawową potęgą. Sto lat później to, co w okolicy było brytyjskie, stało się oficjalnie brytyjską kolonią. Brytyjskie panowanie przerwała na chwilę Japonia podczas II wojny światowej. Przy okazji George Town stało się bazą dla nazistowskich U-bootów. Potem nadchodzi rok 1957 i ogłoszenie niepodległości Malezji. Czy właśnie udało mi się napisać najbardziej ogólne i ignoranckie streszczenie streszczenia historii Penang? 😉 jeśli tak, to już w nim widać, że to miks kulturowy jakich mało. Na ulicach też. Wystarczy przejść przez główną ulicę George Town, gdzie na odcinku 500 metrów miniemy meczet, hinduską świątynię, taoistyczną świątynię i kościół anglikański. Można? Można. Żeby było jeszcze zabawniej, ponad połowa mieszkańców George Town to mniejszość chińska. W tym wypadku raczej większość.

Chinese building George Town

Chińczycy przyjeżdżali na Penang, a gdy zostawali na dłużej, ściągali swoją rodzinę. Bliższą, ciotki, wujków, kuzynów i tego kuzyna w ósmej linii też. A skoro już ich ściągnęli, to trzymali się kupy. W końcu kupy nic nie ruszy. Ci bardzo bogaci mieli swoje klanowe rezydencje w mieście. Inni osiedlili się na molach. Takich klanowych pomostów było siedem, przetrwało sześć, a znajdziecie je pod nazwą uwaga, uwaga, Clan Jetties.

Clan JettiesChew Jetty Chew Jetty

Lecimy dalej z tymi ciekawostkami i trafiamy na ulicę Ormiańską. Skoro to już taki tygiel kulturowy, to jeszcze Armenię dorzućmy. Tak, Ormiańscy kupcy też tu byli. Czy jakiejś narodowości nie było w George Town? Na pewno był tu co najmniej jeden Litwin – Ernest Zacharevic. Żeby to skomplikować bardziej, Zacharevic został nazwany malezyjskim Banksym. Zatem możemy się spodziewać street artu. Street art w George Town jest i między innymi na Lebuh Armenian go spotkacie. Tzn ten street art. W wydaniu Zacharevicia. I nie tylko tam. Szukanie jego prac w mieście to jak picie kawy we Włoszech. Bez tego się nie wyjeżdża. Smutny aspekt tej przyjemnej kreatywności jest taki, że murale Zacharevica są na wszystkich lokalnych pamiątkach, a sam artysta niestety nie ma z tego nawet pół ringgita.

Gdy tak się chodzi po George Town, nie da się nie zauważyć wszędobylskich kafelek. I nie da się nie robić im zdjęć. Przynajmniej jak jest się mną.

Nie da się też nie zauważyć europejskich wpływów w architekturze. Czy to na pewno Azja?

Chociaż najlepsze i tak są wszędobylskie kolonialne domki. Są wszędzie i nie przesadzam. Za każdym rogiem. Walące się i te w nienajgorszym stanie. Wyremontowane, zamienione w hotele i kawiarnie, a także cała masa takich z zamkniętymi lokalami. Wylądowaliśmy w sobotę, ok, może w sobotnie popołudnia nie pracują. W niedzielę zamknięte, ma to sens. Ale w poniedziałek niewiele się zmieniło. Z jednej strony szkoda, że tyle przestrzeni się marnuje. Z drugiej, jest tego naprawdę niesamowicie dużo, więc nic dziwnego, że wiele lokali jest zamkniętych. Od 10 lat starówka George Town wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W związku z tym, każdy remont takiego domku musi być doskonale zaplanowany i zgodny z wymaganiami UNESCO. Jednym z nich jest konieczność zachowania oryginalnego układu pomieszczeń. Zakładam, że jest to miecz obosieczny – z jednej strony ratuje te piękne budynki, z drugiej może zniechęcać potencjalnych inwestorów. Nocowaliśmy w hotelu zrobionym w takim odrestaurowanym budynku i muszę przyznać, jestem fanką!

A skoro przy knajpach, restauracjach i hotelach jesteśmy… Cały internet twierdzi, że George Town jest malezyjską stolicą street foodu, a powinien być nawet światową. Wspaniale, prawda? W pierwszym hotelu pytamy “gdzie jest street food?”. Mamy dwie lokalizacje, ok. W drugim hotelu pytamy “gdzie jest street food?”. Trzy osoby z obsługi sprawiają wrażenie dość zaskoczonych tym pytaniem, rozmawiają chwilę między sobą, po czym stwierdzają coś w stylu “idźcie a znajdziecie”. Poszliśmy. Szukaliśmy, szło ciężko. Znaleźliśmy kilka godzin później i było dobre. Ale żeby od razu światowa stolica street foodu? Trochę mało tych stoisk, dania dość podobne do siebie. A może to my jesteśmy rozpuszczeni, bo przecież teraz w Polsce możemy zjeść wszystko?

Happy end musi być, więc oto anegdotka. W upalny listopadowy poranek idziemy chodnikiem, z naprzeciwka idzie starszy pan w dość tradycyjnym ubraniu. Uśmiecha się do nas od ucha do ucha i woła: hello, Merry Christmas!

Tak naprawdę to mogłabym o George Town opowiadać godzinami, bo póki co to moje ulubione miasto w Azji Południowo-Wschodniej.

14 komentarzy

  • Olka

    Pokusiłabym się o stwierdzenie, że George Town jest jednym z ciekawszych, streetartowych miejsc w Azji. Zdjęcia tamtejszych murali czy graffiti bardzo często wpadają w mój feed na Instagramie czy Facebooku.

    • Karolina | Worldwide Panda

      Moim zdaniem masz rację! Przez długi czas trafiałam na te murale w internecie, dobrze je było zobaczyć na żywo 🙂

  • Magdalena Bur

    Z malezyjskich miast odwiedziłam tylko Kuala Lumpur. Na niektórych zdjęciach dość podobne do George Town. Lubię bardzo taki klimat. Street art mnie zachwycił. Bardzo lubię wyszukiwać takie uliczne dzieła.

    • Karolina | Worldwide Panda

      To prawda, miejscami są podobne 🙂 ale George Town jest mniejsze, spokojniejsze i ma dużo więcej tej klasycznej zabudowy. No i morze dookoła 😀 polowanie na murale jest bardzo przyjemną rozrywką! Zwłaszcza, że jest ich znacznie więcej 😉

  • Paweł

    Świetny opis 🙂 Słyszeliśmy, że George Town to świetne miejsce do odwiedzenia, a teraz już wiemy dlaczego 🙂 Bardzo ładna fotorelacja! 🙂

    • Karolina | Worldwide Panda

      Do Azji za każdym razem lecę z przesiadką i nie jest tak źle 🙂 jakieś 6h i 7-8h, a w międzyczasie coś się dzieje i nie jest tak źle 🙂 bardzo lubię takie długie loty, tyle rzeczy można robić 🙂

  • Karolina

    Az mi sie lezka w oku zakrecila, jak dobrze bylo wrocic wspomnieniami i cofnąć sie 2 lata wstecz, dziekuje Ci za ten wpis! I to malezyjskie jedzenie…bedzie mi sie dzis snic 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: