Azja,  Malezja

Penang National Park – czy dżungla zjada?

Nie lubię dżungli. Tak naprawdę nie miałam z nią dużej styczności, ale nie lubię. Te jedyne 30 minut w kawałku lasu w Tajlandii zupełnie mi wystarczyło, żeby się zniechęcić. Nie zrozumcie mnie źle, lubię naturę. Dopóki nie próbuje mnie zjeść i wykończyć. Taka selektywna miłość. Skąd ta dżungla? Ano stąd, że spacer przez Penang National Park na odizolowaną od świata plażę jest jedną z głównych atrakcji Penang. Atrakcji, którą odrzuciłam w 3 sekundy. Skoro o tym piszę, to najwyraźniej wystąpił jakiś zwrot akcji, poszłam do dżungli i przeżyłam. W końcu piszę i narzekam. Czyli żyję.

Zwrot akcji nastąpił, gdy jakoś trzeba było zagospodarować wolny dzień w George Town. Zdjęć pięknych budynków było tyle, że już nawet ja nie byłabym w stanie tego oglądać. Trzeba było znaleźć coś innego. Padło na lokalny hit: Penang National Park i Monkey Beach.

Internet zapewniał, że nie będzie źle. Mimo to przez godzinę jazdy autobusem z centrum George Town do parku zastanawiałam się, co ja tak właściwie robię? Wysiedliśmy, doszliśmy do wejścia i od strażnika dowiedzieliśmy się, że trasa do Monkey Beach jest zamknięta. Ziemia się osunęła, szlaku nie ma. Jedyna otwarta trasa jest trochę dłuższa i prowadzi do Kerachut Beach. No to robi się ciekawie… Stoję, rozmyślam. Mija mnie kobieta. Wpisuje się do księgi rejestracyjnej. Pisze bardzo długo. Odwracam się. Mężczyzna i trójka dzieci. Kobieta kończy pisać, wraca do rodziny. Zaglądam w książkę. Niemcy. Wiek dzieci? Od roku do 7 lat. W tym momencie wyobrażam sobie jak szaleją polskie maDki na Facebooku. No nic, skoro oni idą, to my też.

Początek? Szeroka aleja wyłożona płytami chodnikowymi. Dobra, to gdzie zacznie się błoto i pijawki? Rozstaj dróg. Skręcamy. Deptak się skończył, piaszczystą ścieżką idziemy w górę. A potem po płaskim. A potem w dół. W górę. W dół. Szybko. Bo mamy iść 1,5 godziny. Szybciej. Damy radę, czy się poddamy? Lunie deszcz i piach zamieni się w śliską glinę, czy nie? Szybciej. Robimy zdjęcia? Zrobimy w drodze powrotnej. Najpierw chcę sprawdzić, czy dojdę. Wiecie jak brzmi dżungla? Jak miliony pił mechanicznych. Idziemy we dwójkę, kilkanaście metrów przed nami ktoś idzie sam. Dżungla jest tak spokojna, a jednocześnie pełna tych piłujących stworzeń, że samotny spacer byłby bardzo dziwnym przeżyciem. Idziemy. Ścieżka wciąż całkiem szeroka. Duszno, jak to w dżungli. Uprawialiście cardio w saunie? Ja też nie. Ale myślę, że wrażenia podobne. Zaczyna padać. Świetnie. To kiedy ten armageddon? Już? Przestaje padać. Dżungla jest niezłym parasolem. Z resztą powietrze jest tak lepkie, że żadna siła nie zmusiłaby mnie do założenia peleryny przeciwdeszczowej. Wychodzi słońce. Chowa się. Idziemy dalej. Czy to już jezioro meromiktyczne? Miało być blisko plaży. W jeziorach chyba powinna być woda? A w meromiktycznym nawet dwie warstwy wody jednocześnie – słona i słodka. Wody nie było, ale była plaża. Czyli doszliśmy. Szybciej, niż zakładała mapa przy wejściu do parku. To co teraz? Można zrobić zdjęcia. Odpocząć. Zjeść. Właśnie, nie zapomnijcie jedzenia do dżungli. Nie zjecie, nie będziecie mieli siły wrócić.

Kręcimy się chwilę po plaży, idziemy do Turtle Conservation Centre. Kontrowersyjne miejsce. Powtarzam sobie, że żółwie pływały w plastikowych wannach, bo były na coś leczone. To jest moja wersja i proszę mi jej nie psuć.

Wracamy na plażę. Niemcy dotarli. Po chwili najmłodsze dziecko biega radośnie w strumieniu wpadającym do morza. Niemiecką rodzinę spotykamy też dwa tygodnie później na Langkawi. W tym samym składzie. Co na to polskie maDki?

Droga powrotna jest już spokojniejsza, chociaż początek lekki nie jest. Słońce praży, dżungla paruje, cardio w saunie to przy tym spacer w wiosenny poranek. Podziwiamy dżunglę, nigdzie nie biegniemy, już wiemy czego się spodziewać. Jest przyjemnie. Trochę schodów, kilka betonowych przejść przez strumień. Trasa szersza niż szlak na Pilsko. Taka dżungla dla mieszczuchów. Czyli dla mnie. Nic mnie nie zjadło. Środek na komary działał. Taką dżunglę to ja lubię.

Z Penang National Park wychodzimy wymęczeni jak po maratonie. Nigdy nie biegłam w maratonie, ale nie muszę biec, żeby wiedzieć, że nie mam na to ochoty. Dobre pół godziny dochodzę do siebie na ławce, wypijając 1,5 litra wody z trzema tabletkami multiwitaminy (mój tajny sposób na przeżycie w upałach – cukier krzepi). Po pół godzinie przechodzę 50 metrów żeby kupić coś zimnego do picia. Żyję. Mogę wracać. To oczywiste, że kondycji nie mam, bo sport wolę oglądać niż uprawiać, ale spróbujcie mnie pobić na przebyte pieszo kilometry dziennie. Jednak dżungla wykańcza nawet takiego piechura jak ja.

Wniosek z wycieczki: było fajnie, polecam, nawet jak jesteś leniwą kanapową bułą. Jak ja.

21 komentarzy

    • Karolina | Worldwide Panda

      Mnie taka prawdziwa, w 100% dzika też przeraża 😉 na szczęście ten park narodowy to była taka dżungla lajt 😉

    • Karolina | Worldwide Panda

      Polecam Malezję z całego serca! Zwłaszcza, że możesz tam chodzić po najstarszej dżungli świata 🙂 to już chyba nie dla mnie, ale taka dżungla w wersji dla mieszczucha jest naprawdę w porządku 😉

    • Karolina | Worldwide Panda

      Dziękuję 🙂 akurat do tego spaceru dużo odwagi nie trzeba 🙂 szlak łatwiejszy niż w naszych górach 🙂

  • Olka

    Przyznam, że chciałabym kiedyś odwiedzić taką prawdziwą dżunglę. Żeby przekonać się, jak bardzo jest hałaśliwa, różnorodna i zmienna.

    • Karolina | Worldwide Panda

      Takiej prawdziwej i dzikiej to raczej bym się bała 😉 ale już w takiej turystycznej jak ta widać różnorodność 🙂

    • Karolina | Worldwide Panda

      Niestety nie pamiętam, ale nie było tych kilometrów jakoś dużo 🙂 na pewno nie była to wycieczka na cały dzień. Ale kilometry w takich saunowych warunkach powinny się liczyć podwójnie! 😀

  • polegytravels

    Ja bym chyba jednak nie dała rady. Dżungla przeraża mnie obecnością gadów, których panicznie sie boję. Nie samo chodzenie byłoby problemem, ale strach, że spotkam jakieś przerażające zwierzę… Naprawdę, chyba bym nie weszła do dżungli…

    • Karolina | Worldwide Panda

      Dziękuję 😀 to było prawie jak skraj dżungli, więc gdybyś była w Malezji, to polecam 😀 dżungla idealna 😀

  • Patka

    Dżungla na przedgórzu Himalajów z 20kg plecakiem – polecam. Wtedy poczujesz, że żyjesz. Aż zatęskniłam. Może dlatego, że bardzo zmarzłam dziś na rowerze.

    • Karolina | Worldwide Panda

      Na pewno bardzo ciekawe, chociaż na taką najprawdziwszą dżunglę chyba bym się nie porwała 😉

  • Monika

    W takiej dżungli to nawet nie ma co ostrzyć aparatem, tyle się dzieje! Fajny wpis, czyta się jak opowiadanie. Wybrałabym się tam, ale na pewno nie sama. Plus i tak panikowałabym, że wszystkie choroby tego świata spłyną na mnie po ukąszeniu komara w dżungli! 😀

    • Karolina | Worldwide Panda

      Dziękuję <3 przejmowałam się do pierwszych pięciu komarów 😀 i o dziwo nie było ich w tej dżungli, albo to Off tropical tak dobrze działał 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: