Nauczona własnymi doświadczeniami dwóch podróży do Australii w dwóch różnych porach roku i dość dużym odstępie czasowym, postanowiłam odpowiedzieć na wszystkie pytania, których jeszcze nie zdążyliście zadać, a zadacie na pewno, gdy w któryś piękny poranek stwierdzicie “a gdyby tak rzucić wszystko i pojechać głaskać kangury…”.
- Wiza – stan na rok 2016
Jeżeli chcemy pozwiedzać Australię, potrzebujemy wizy. Na szczęście jest to proste, łatwe, przyjemne, darmowe i online. Googlujemy wizę do Australii, wchodzimy na stronę, wypełniamy wniosek. Jeżeli byliśmy grzeczni to kilka dni później dostajemy maila z informacją, że mamy wizę. W pełni elektroniczną, więc nie musimy nigdzie chodzić ani wysyłać paszportu. Informacja o wizie jest w magicznym systemie i jedyne, co musimy ze sobą mieć na lotnisku to paszport.
- Loty
Loty do Australii oscylują zazwyczaj w okolicach 4500 zł od osoby w dwie strony. Promocji na szczęście nie brakuje i można zejść z ceną nawet poniżej 3000 zł. Wszystko zależy od daty i miasta, do którego chcemy lecieć. Wiadomo, im lepsza elastyczność z naszej strony, tym lepiej. Jeśli obojętne nam dokąd tak naprawdę polecimy i kiedy, możemy spokojnie załapać się na bilety w okolicach 3000 zł. Jedno jest pewne: najtańsze loty są w czasie australijskiej zimy, czyli naszego europejskiego lata, ale moim zdaniem jest to gra niewarta świeczki. Wyjaśnienie punkt niżej.
- Kiedy?
Oczywistą oczywistością jest to, że Australia ma odwrócone w stosunku do Europy pory roku. Lato w zimie, zima w lecie. Kiedy najlepiej polecieć do Australii? Moim zdaniem naszą wiosną, ich jesienią. Odwrotnie, czyli naszą jesienią, też powinno być dobrze. Dlaczego tak? Nie jest już (albo jeszcze) strasznie gorąco, ale wciąż baaardzo ciepło (i gorąco). Dni są długie, więc w sam raz na zwiedzanie. Dlaczego nie naszym latem, przecież Australia to ciepły kraj? Otóż nie do końca. W Australii w zimie jest zimno. True story. Byłam, doświadczyłam, nie jest to najlepszy pomysł, imigranci z Europy potwierdzają. Krótkie dni, duża wilgotność powietrza powodująca przejmujący ziąb i brak ogrzewania. Polecam marzec. Marzec był idealny. I do zwiedzania, i na plażę.
- Loty w Australii
Jak już polecimy na ten odległy kontynent, to warto go pozwiedzać. Nie ma co ukrywać, że w Australii najlepszą opcją przemieszczania się są loty. Jasne, wynajem samochodu (a jeszcze lepiej kampera) też jest ok, ale: 1. Nie każdy lubi ruch lewostronny. 2. Nie jest to zbyt opłacalne przy dwóch osobach. Gdzie najlepiej szukać lotów? Bezpośrednio na stronach przewoźników. Do tanich zaliczają się: Virgin Australia (mogę polecić), JetStar, Tigerair Australia, Regional Express Airlines (REX).
Na co zwrócić uwagę? Lotnisko odlotu/przylotu, bo w danym mieście może być więcej niż jedno (Melbourne), bagaż w cenie i dodatkowe opłaty transakcyjne (a nóż mają opcję biletu multicity i będzie można zaoszczędzić na opłatach).
- Pieniądze
Obowiązuje dolar australijski. 1 AUD to około 3 PLN. We Wrocławiu do kupienia w kantorze w Sky Tower. Polecam dzwonić i pytać, miły pan sprawdzi czy ma, ile ma i w jakich innych placówkach we Wrocławiu mają.
- Ceny
Jak już waluta jest, to od razu ceny. Australia jest droga. Droższa niż zakładałam. Przykładowo:
- Danie obiadowe w pierwszej z brzegu knajpie ~20 AUD
- Danie obiadowe w promocji “danie dnia” lub w porze lunchu ~10 AUD
- Lunch na wynos ze stoiska w food court ~5-8 AUD
- Woda mineralna 0,5 litra ~3 AUD (jak dobrze się poszuka, to w supermarkecie Coles 0,75l wody gazowanej można kupić za 1 AUD, a w Aldi 0,5l niegazowanej też za 1 AUD. Warto mieć ze sobą plastikową butelkę i na bieżąco uzupełniać ją o kranówę, którą i tak wszyscy piją. Z resztą przykładowo w Melbourne jest ponoć jedna z najlepszych kranówek na świecie)
- Rolka sushi ~2,50-3,50 AUD (ja napcham się dwiema)
- Książka (jakakolwiek, bez znaczenia jest i autor i gatunek literacki) ~30 AUD (najtańsza jaką widziałam w księgarni kosztowała 15 AUD)
- Wino – nie opłaca się 😉 wszystkie alkohole w Australii są około 3 razy droższe niż w Polsce, włączając w to australijskie wina, więc polecam inne pamiątki
- Jedzenie
Tursytyka gastronomiczna jest mi bliska, niestety mój żołądek w Australii szczęśliwy nie był. Oprócz sushi. Sushi było super. Poza tym? Fish&chips (omnomnom ale ileż można). Chicken parmi – danie bardzo australijskie, wręcz święte w Sydney. Kotlet z kurczaka w panierce, na nim szynka, sos pomidorowy i roztopiony ser. Do tego frytki. Wszystko w Australii jest smażone i w panierce. I jest dużo baraniny. Zdecydowanie nie moje klimaty, baraniny nie lubię. To może jakiś pozytyw na koniec? Proszę bardzo: azjatyckie jedzenie, dużo azjatyckiego jedzenia.
- Internet
Najedzeni, czas na internet. Na co? Tu zaskoczenie: z internetem w Australii wcale nie jest różowo. Miejskiego wi-fi albo nie ma, albo jest nieprzyzwoicie wolne. W hotelach dzienne limity transferu. Australio, gdzie Twój internet? Polecam kupić lokalną kartę sim z pakietem danych.
- Gniazdka
Kiedyś stwierdziłam, że jak już objadę świat dookoła, to na półce w salonie zrobię wystawkę przejściówek do gniazdek z całego świata. W USA ichniejsza, w Dubaju angielska, a w Australii wcale nie angielska. Tylko typ I, którego używają także na Nowej Zelandii i Argentynie. Super. Kolekcja rośnie a potem weź to znajdź po kilku latach jak znowu potrzebujesz. Zaopatrzyłam się więc w gadżet. Gadżet kosztuje około 60 zł i jest magiczną kostką wypluwającą wtyczki do każdego gniazdka na świecie. Mój gadżet nazywa się Skross, fachowo mówią na niego adapter podróżny i bardzo mnie on cieszy. W wersji bardziej wypasionej ma też wejście usb. Plan wystawki w salonie umarł, ale przynajmniej nie będę wywracać mieszkania do góry nogami szukając tej wtyczki, którą kupiłam 13 lat temu jadąc na wakacje i chyba znowu będzie mi potrzebna…
- Przewodniki
Ot, taki mój mały fetysz. W dobie aplikacji do wszystkiego i na wszystko, google maps, blogów podróżniczych i innych takich, ja za każdym razem wydaję kasę na księgę. Bądź kilka ksiąg. I zawalam sobie tym regał. I się kurzy. I mam z tego dziką satysfakcję. Do Australii zaopatrzyłam się w trzy przewodniki (bo po Adelaide nie było), a wybierałam je po prostu na zasadzie dostępności. 15 lat temu Pascal miał przewodnik po Australii. Niezła cegła, ale był. Teraz już takiego nie ma. Szkoda. Więc kupiłam to, co było:
- Sydney, National Geographic – lubię przewodniki z obrazkami, lubię wiedzieć czego szukam. National Geographic wydaje chyba moje ulubione przewodniki – trasy spacerowe są, dużo ciekawostek jest, obrazki są. Mają niestety jedną wadę. Są ciężkie. Bardzo ciężkie. Pomysł z papierem kredowym musiał być faceta, bo żadna kobieta nie skazałaby samej siebie na targanie tak ciężkiej cegły na ramieniu. Mimo tego był to mój ulubiony przewodnik na tej wyciecznce
- Melbourne & Victoria, Lonely Planet – gdybym była ekstremalnym podróżnikiem, to wydarłabym strony o Melbourne i tylko tyle zabrałabym ze sobą. Nie zrobiłam tak, bo lubię książki i jestem prostym turystą, który kilogramów bagażu nie liczy, zwłaszcza w Emirates. Część o Melbourne nie była zbyt obszerna, ale wystarczająca. Poza zwiedzaniem Melbourne Lonely Planet proponuje mnóstwo wycieczek po stanie Victoria w różnych konfiguracjach czasowych. Wady? Nie ma obrazków, lubię obrazki. I jedno stwierdzenie, które mnie doprowadziło do szału “Neda Kelly’ego nie trzeba nikomu przedstawiać…”. Może akurat na lekcji o australijskich rabusiach nie uważałam wystarczająco, ale ja gościa nie znam.
- Make my day – Sydney, Lonely Planet – przewodnik bajer, który kupiłam bo zaciekawiła mnie koncepcja. Każda strona podzielona jest na trzy paski: rano, popołudnie, wieczór. Paski można dowolnie przerzucać i komponować sobie cały dzień w oparciu o trzy elementy. Najlepsza część: przewodnik ma fascynujący algorytm pokazujący czym dojechać z jednej dowolnej atrakcji do drugiej dowolnej atrakcji i mówi ile czasu nam to mniej więcej zajmie.Wada: niby ma wszystko co trzeba – mapę Sydney, mapę pociągów, ale same opisy miejsc są króciótkie. W sam raz na krótki wypad, albo żeby się zainspirować.
Enjoy!
9 komentarzy
Bartosz |MeskiPub
Australia 🙂 Jeden z moich punktów do odwiedzenia 🙂 Tyle węży i jaszczurek do zobaczenia 😀
admin
o tak, tego na pewno Ci nie zabraknie! Nie zapominaj o pająkach 😉
dreamroad.pl
OOO super patent z tymi przejściówkami, rzeczywiście jest to lekko upierdliwe, w kazdym miejscu inne gniazdka 🙂
Karolina | Worldwide Panda
Skross jest super! Z perspektywy czasu mogę dodać, że ta tańsza wersja (~60 zł) niestety ma jedną wadę – nie wchodzą w nią nasze wtyczki z uziemieniem, jedynie takie wąskie. Telefon naładujesz, laptopa już nie podłączysz, bo jak się okazuje, te większe wtyczki mają grubsze bolce. Może ta droższa wersja nie ma takiej wady 😉
Ilona
Super wpis! Szykujemy się do wyjazdu do Australii pod koniec roku i wiele z Twoich wskazówek nam się przyda 🙂 Patent na przejściówki – BOSKI 🙂 Co do niebezpiecznych zwierząt – miałaś z którymś spotkanie?
Karolina | Worldwide Panda
Dziękuję 🙂 jakbyście mieli pytania, to chętnie pomogę 🙂 bliskich spotkań na szczęście nie miałam, ale nieprzyjemne pająki w pobliżu były
Irena
Nasze lato jest idealne do odwiedzenia tropikalnych części Australii.
Tylko jest to szczyt sezonu i jest bardzo drogo.
Zmarznąc można np. w Victorii,gdzie leży snieg,jeżdżą pługi i jest mnóstwo amatorów zimowych sportów.
Generalnie na południu jest wtedy zimno.
Co do ogrzewania to jest w wielu domach.Najgorzej jest w Sydney,gdzie ogrzewania nie ma w domach i wielu hostelach.
Bilety do Australii można dostac w promocji o każdej porze roku.
Pozdrawiam-)
Karolina | Worldwide Panda
Na tropikalnej północy nie miałam okazji być 🙂 niestety przekonałam się, że w starszych domach w Adelaide też o ogrzewaniu nie słyszeli, a australijskie 10 stopni było zdecydowanie chłodniejsze niż nasze 10 stopni 😀
aktywnystudent
O kurcze fajne te widoki są 🙂 Bardzo przypodobała mi się ostatnio Australia. Szkoda, że nie udało mi się tam polecieć przed pożarami.