Chiang Mai. Miasto na północy Tajlandii, gdzie z pozoru nie powinno być niczego, a jest wspaniale. Bo są góry, zieleń, świeższe niż w Bangkoku powietrze, kawiarnie na każdym kroku (takie europejskie) i wszędzie można dojść pieszo. I na targ i do sklepu z używanymi książkami po angielsku i do 300 świątyń. Ale przede wszystkim są słonie, wspaniałe słonie. Uwaga, będzie dużo słoni. Zatem zapraszam na subiektywny przegląd najlepszych rzeczy w Chiang Mai, kolejność przypadkowa: Świątynia Wat Chiang Man. Świątynia była tuż obok naszego noclegu – Wayside Guesthouse (który również powinien trafić na listę najlepszych rzeczy w Chiang Mai, w życiu nie widziałam czystszego budynku i milszych gospodarzy), więc nawet specjalnie…
-
-
Rower w ruinie – Ayutthaya
7:00 – dzwoni budzik. W Bangkoku boli jakoś mniej niż we Wrocławiu. 7:30 – ruszamy na dworzec Hua Lamphong. Wciąż lubię poranne spacery. O 7:30 chodniki są w miarę puste, a przeciskać musimy się tak naprawdę tylko przez stojące na chodniku maszyny wypiekające coś. Chyba nie zmieściły się w piekarni. Wielkie butle gazowe też się nie zmieściły. BHP ponad wszystko. 8:00 – docieramy na Hua Lamphong, który zupełnie nie wygląda azjatycko, ale nie jest to aż tak dziwne, jak już się doczyta, że projektowali go Włosi. Wchodzimy do środka i… trafiamy na COŚ. Przed nami rządek umundurowanych postaci stojących na baczność. Podróżni też stoją na baczność. Z głośników leci chyba…